Opowiadanie IV

Opowiadanie IV

8 kwietnia 1938, godz. 21.30, piątek.
Park przy Strzeleckiej

- Co mamy, Janicki? Znowu trup w parku?
Prokurator Adam Karski szedł sprawnym krokiem obok dyszącego ciężko policjanta z okrągłą twarzą i podwójnym podbródkiem.
- Na szczęście nie – odparł posterunkowy Janicki. – Facet walczy o życie. Nieźle oberwał.
- To mnie wzywacie do jakiś porachunków miejscowych ejbrów w sobotni wieczór? – Karski zatrzymał się na chwilę.
- Szef mówił, że to może być ciekawa sprawa, a pan się nudzi ostatnio – wydyszał policjant. – Zaatakowany nie jest nasz. I jakoś ładnie ubrany, to nie miejscowy ejber!
- Dobra, gdzie go macie?
- Odwieźli go do szpitala. Ledwo żyje. Jest nieprzytomny.
- Czym dostał? Pałka?
- Nie – pokręcił głową Janicki. – Jakaś metalowa część. Ten doktor, co przyjechał, nawet, o dziwo, rozpoznał ją. Ale nazwa taka jakaś, że nie zapamiętałem. Zresztą co sobie głowę zaprzątać żelastwem?
- Gdzie znaleźliście narzędzie?
- Bandytę spłoszyła ta para, co znalazła ofiarę. Chyba jak zaczęli krzyczeć, to rzucił żelastwo w krzaki i zaczął uciekać. Są na nim ślady krwi.
Doszli już na miejsce i policjant z trudem łapał powietrze. Karski pomyślał, że jest dwa razy starszy od policjanta, ale wybrał przyjemność sprawnego poruszania się nad radości z pałaszowania piątego kawałka tortu czy golonki,
Tylko wygnieciona trawa wskazywała na to, że przed chwilą doszło tutaj do jakiegoś zdarzenia. Macewy pochylały się milcząco przyglądając się zamieszaniu, jakie nie codziennie doświadczało to miejsce pochówku.
Jeden z policjantów rozmawiał z kobietą, która opierała się na ramieniu dobrze ubranego mężczyzny. Drugi stał nieco z boku i spisywał dane trzeciej osoby, człowieka w wieku około pięćdziesięciu lat, ubranego w ciemny, roboczy strój.
- Pan prokurator Karski!
- Witam, panie Jezierski – Adam był zaskoczony. – Co pana tu przywiodło w nocy? I to z panią…?
- To mój gość, pani Weronika. Hmmm. Weronika Kozielska. Przyjechała dziś do Gostynia, żeby się ze mną spotkać.
Kobieta skinęła głową. Karski miał nieodparte wrażenie, że widzi w jej oczach przerażenie większe, niż wynikałoby z sytuacji.
- Niech pan opowie – prokurator zachęcająco spojrzał przedsiębiorcy w oczy.
- Hmmm… Szliśmy z panią Weroniką do restauracji w Strzelnicy, bo chciała porozmawiać- z dala od hotelowych wścibskich oczu. W tej sytuacji muszę od razu uprzedzić: proszę sobie nie myśleć, że mamy jakiś romans! Pani Weronika poprosiła o spotkanie ponieważ ma pewną delikatną sprawę, o której koniecznie musze z panem porozmawiać…
- O tym może później – przerwał mu Karski. – Skupmy się teraz na próbie zabójstwa.
- No właśnie, hmmm. Zabójstwa, tak. Wyszliśmy z restauracji i opowiadałem właśnie o żydowskim cmentarzu, kiedy pani Weronika zauważyła jakieś ogniki, światła pojawiające się w tym miejscu. Postanowiliśmy to sprawdzić, bo w duchy nie wierzę. Jak doszliśmy to od strony Brzezia doszedł nas jęk człowieka. Podbiegłem i krzyknąłem. Kiedy byłem już na miejscu zauważyłem leżącego bez ducha pana Rolickiego.
- Rolickiego? Pan go zna?
- Jest gościem Hotelu Francuskiego. Poznaliśmy się dziś wieczorem.
- Co było potem?
- Sprawdziłem, czy pan Stanisław żyje. Wyczułem tętno, ale nie miał świadomości. Zostawiłem panią Weronikę z rannym, dziś każda kobieta zna się na opatrywaniu ran i pobiegłem do Strzelnicy zadzwonić po lekarzy i policję. Po drodze spotkałem pana Macieja, to powiedziałem, żeby on pobiegł zadzwonić, a ja wróciłem szybko do pani Weroniki, bo pomyślałem sobie, że przecież ten bandyta może być ciągle w pobliżu i może jej grozić niebezpieczeństwo.
- Dziękuję. To na razie wszystko.
- Panie prokuratorze…
- Jeszcze w sprawie napaści?
- Chyba nie, hmmmm
- To proszę jutro o kontakt, panie Jezierski – Karski odwrócił się plecami do przemysłowca i podszedł do drugiego policjanta.
- Kogo tu mamy?
- Maciej Zielinski syn Zygmunta, lat czterdzieści. Bezrobotny.
- A to moja wina, że jestem bezrobotny? – oburzył się Zieliński. – Zresztą dorabiam sobie u mechanika Wielińskiego. A zresztą za miesiąc zaczynam pracę na stałe w hucie!
- Co pan tu robił o tej porze?
- Szłem normalnie z restauracji po piwku i żeberkach, bo lubię sobie czasem na wieczór podjeść – miętolił w ręku wilgotną od deszczu czapkę. - Jeszcze se kupiłem na jutro kawał lebery dla mojego kejtra. Taki mam zwyczaj. A tu nagle słyszę jakieś krzyki przy cmentarzu. To poszłem zobaczyć, co tam się wyprawia. A tu leci na mnie pan Jezierski i krzyczy, żeby lekarza i policje wzywać, bo na żydowskim cmentarzu ktoś ranny leży. No to poszłem do restauracji i żem zadzwonił. Kazali czekać, to poczekałem, ale teraz już bym chętnie sobie poszedł.
- Coś pan widział?
- W tych ciemnościach? Nikogu!

You have no rights to post comments

Related Articles