Opowiadanie VIII

Opowiadanie VIII

11 kwietnia 1938 roku, poniedziałek.
Gostyń, ul. Kolejowa

   Jan Korecki miał dość kryzysu, bezrobocia i tego całego poczucia bezsilności. Nie pracował już od czterech lat i kiedy jego dwunastoletni syn wstawał do szkoły, zazdrościł mu jak cholera. Gówniarz miał cel wstawania rano, cel dnia, miał po co żyć. A on nawet starał się nie patrzeć żonie i dzieciom w oczy! Ale teraz to się zmieni!
   Padał wiosenny deszcz, ale tylko mocniej nacisnął czapkę na głowę. Nie miał zresztą parasola. Ruszył w kierunku huty szkła, która miała znów się otworzyć. Głęboko za pazuchą przetartej kurtki miał swoje podanie o pracę. Wierzył, że wszystko może już wyglądać inaczej.
Dwa lata temu jemu też ta gorycz wylała się i wyszedł z innymi na ulicę. Szli razem, ramię w ramię i czuł dziką siłę tego tłumu. Nie był sam! Nie był nawet Jankiem Koreckim. Był częścią tego tysiąca krzyczących z wściekłości ludzi! To nie on rzucał kamieniami w okna gostyńskich kupców. To rzucał tłum. Pamiętał z tego jakby fragmenty filmu, który kiedyś oglądał w kinie „Słońce”. Atak granatowych! Policyjne strzały nad głowami. Uderzenie pałki i krwawiący nos. Przecież zebrali się, żeby pokazać, jak wielki jest problem. Było ich ponad tysiąc, a tylko niecałych dwustu mogło liczyć na zapomogi! Potem pamiętał jeszcze mniej. Krzyki. Strach. Złość. Rzut kamieniem wyrwanym z bruku. Trzask tłuczonej sklepowej szyby! Znowu kamień! Policjant, który zachwiał się i upadł.
Potem zastanawiał, dlaczego swoją złość wyładowywał na tych, którym udało się przetrwać kryzys. Czy jego wrogiem byli ci bogatsi? Znał ich.       Spotykali się kościele. Z niektórymi ramię w ramię walczył w powstaniu. I szanował ich. Dlaczego teraz pozwolił swojej wściekłości wyładować się na nich? Nie rozumiał tego.
   Ulica Kolejowa skończyła się i wszedł na wschodnią część Placu Karola Marcinkowskiego, mijając po prawej „Gostyńską Fabrykę Maszyn” Stanisława Grześkowiaka. Tam też szukał pracy. Bez powodzenia. Jakby dorwał pracę, to nigdy by z niej nie rezygnował. Nie to co Maciek. Idiota, miał dobrze płatną prace u mechanika, to zrezygnował i zgłosił się do huty. Tam na pewno będzie ciężej, bo gorąco jak w samym piekle i nie ma czym oddychać. A na początku na pewno nie będą cudów płacić, bo i z czego.
   Minął Hotel Francuski i skierował się na Poznańską. Przeszedł przez tory i minął willę Szulca. Ten Niemiec miał zmysł do interesów. Dalej, po drodze na Starogostyńskiej miał jeszcze „doły Szulca”, ale wpierw musiał jeszcze zejść z Poznańskiej. Kilkanaście metrów dalej w kierunku Poznania majaczył budynek innej lokalnej firmy „Tartak i produkcja mebli – Grzymisławski”. Gdyby nie ten światowy kryzys, wszystko mogłoby wyglądać inaczej. Firmy się rozwijały, tylko wciąż było ich mało. Za mało!
   I jeszcze ten durny agitator! Przypomniał sobie rozmowę sprzed dwóch dni. W trzydziestym szóstym niczego mu nie udowodnili. Ale Antek poszedł siedzieć na kilka miesięcy. Chyba posadzili go jako politycznego. Kiedy wrócił, chwalił się, że ma taaaakie kontakty! Kogo to on nie znał i co on zrobi! Świat będzie jego. No i sprowadził tego agitatora z Pepeesu. Przyjechał żeby zapisać ich do związku! Jakiś Związek Stowarzyszeń Zawodowych. Może by się i zapisał, ale nie do socjalistów!
   Przeszedł na lewą stronę drogi. Nie chciał iść obok lasku. Od dawna świadczono tu usługi, które na pewno nie były opodatkowane. A jego Luśka, jakby zobaczyła go w tych okolicach, a nie daj Bóg w lasku, na pewno sprała by mu mordę!
   Wreszcie stanął przed nową fabryką. Dawna hala produkcyjna została powiększona i podwyższona. Drewniane ściany zastąpił mur pruski a na górze widać było wywietrznik powietrza. Zauważył kuchnię do wydawania ciepłych napojów i kilka zupełnie nowych budynków, których przeznaczenia jeszcze nie znał. Doprowadzono do huty bocznicę kolejową i wybudowano przy niej trzydziestopięciometrową rampę wyładunkową. Tory dochodziły też od strony zachodniej. Skala inwestycji była ogromna. Ponad sto osób miało znaleźć tu pracę.
   Stanął przed bramą. Czuł, że dobrze robi. W jego ciemnym od trosk życiu zaczęła się zapalać mała lamka nadziei. Dobrze, że odmówił Antkowi i temu pajacowi Maćkowi. Niech sobie sami załatwiają swoje sprawy. Ani ulotek, ani żadnych paczek na teren zakładu nie będzie wnosił. Miał dość polityki. Szczególnie takiej, która kończyła się wybitymi szybami w sklepach Bogu ducha winnych ludzi.

You have no rights to post comments

Related Articles