Opowiadanie I

Opowiadanie I

8 kwietnia 1938, piątek, godzina 18.30
Gostyń, Hotel Francuski, Plac Karola Marcinkowskiego
- Tutejszy kucharz za długo tu nie posiedzi, na prowincji – wysoki, dobrze ubrany mężczyzna z uznaniem pokręcił głową. – Łosoś jest idealnie wysmażony. Podejrzewam, że za niedługo zgłosi się po niego jakaś większa restauracja z Warszawy, Łodzi czy najbliżej Poznania.
 - Po łososia? – zdziwił się człowiek w małych, okrągłych okularach.
- No, po kucharza – uśmiechnęła się blondynka z ostrym makijażem. Mogła mieć co najwyżej trzydzieści lat, ale w jej zachowaniu wyczuwało się dużą pewność siebie. Odwróciła głowę w stronę pierwszego mężczyzny - Pan pewnie sporo jeździ po świecie?
- Przepraszam, nie przedstawiłem się – wstał od stolika i ukłonił się. – Stanisław Rolicki, przedstawiciel handlowy, prowadzę rozmowy dla dużej firmy z branży spożywczej…
Prezentację przerwał mu kelner, który przyniósł dodatkowe nakrycie. Siedzieli w restauracji Hotelu Francuskiego. Stolik dla gości hotelowych był w lekkim oddaleniu od reszty sali, gdzie przeważnie przesiadywali miejscowi, racząc się przede wszystkim trunkami alkoholowymi. 
- Miło mi – blondynka kiwnęła głową – Skoro mamy wspólnie przez jakiś czas siadać do posiłków, to warto się przedstawić. Nie lubię prowadzić konwersacji z anonimowym rozmówcą. Weronika Kozielska, zatrzymałam się w mieście na parę dni. Jestem w podróży, ale prawdę mówiąc muszę odpocząć i … nigdzie mi się nie spieszy.
- Ma pani rację – druga kobieta przy stoliku, wysoka zgrabna brunetka po czterdziestce rozejrzała się po twarzach siedzących przy stoliku - Iwona Pylińska. Z Warszawy – dodała, jakby to wszystko tłumaczyło.
- To wstyd, że panie pierwsze się przedstawiły, jeszcze przed nami, mężczyznami – człowiek w okularach nerwowo podrapał się po policzku. – Józef Miro, dziennikarz „Głosu Lubelskiego”.
- Z Lublina? To nieźle pana wywiało – zdziwił się Rolicki.
- My, pismaki, szukamy tematu szeroko. Poznańskie jest zupełnie inne niż lubelszczyzna. My, w byłej Kongresówce, jeszcze wiele musimy się nauczyć w kwestiach gospodarki. Szczególnie rolnej. Tu ludzie żyją lepiej niż u nas na wschodzie. U nas jeszcze głód się zdarza. A żeby wątrobianką psa karmić, jak to u was, to już, szanowni państwo, w ogóle nie do pomyślenia. Prawda, panie… - dziennikarz zawiesił głos zwracając się  do ostatniego mężczyzny przy stole.
Przez chwilę panowała cisza, bo oczy wszystkich zwróciły się na wysokiego, chudego jak szkapa człowieka, który nie podnosząc głowy pochłaniał kaczkę z pyzami, jakby miał to być jego ostatni posiłek. Dopiero po prawie minucie, kiedy już współbiesiadnicy stracili nadzieję na reakcję, rozejrzał się lekko nieprzytomnie.
- Do mnie pan mówisz? A skąd pan wiesz, że ja też z Kongresówki?
- Od tego jestem dziennikarzem – uśmiechnął się Miro. – A nie dość, że pan mówisz, jak warszawiak, to jeszcze masz w kieszeni lwowski „Dziennik Ludowy”.
- Toś mnie pan rozszyfrował – uśmiechnął się szeroko i otarł usta serwetką. – Józef Maicher. 
Przez chwilę znów zapadła cisza, bo siedzący przy stoliku oczekiwali dalszych szczegółów, ale Maicher z powrotem zajął się pałaszowaniem kaczki w ciemnym sosie.
- Hmm –Miro zerknął na Kozielską i zmarszczył się jakby próbował sobie coś przypomnieć. – Cóż… Widzimy się wszyscy pierwszy raz, ale warto się poznać. Powiem państwu, że pierwszy raz jestem w tych stronach i ciekawa to okolica… 
Przerwał, bo głowy wszystkich podniosły się na widok mężczyzny, który podszedł do stolika. Wysoki, elegancki człowiek podał kapelusz kelnerowi i przysiadł się na przygotowanym przed kilkoma minutami miejscu. 
- Józef Jezierski – przedstawił się. – Tutejszy przemysłowiec. Wspomniał pan o ciekawej okolicy? Gostyń, to typowo polskie miasto. Jest trochę Niemców, ale Żydów już prawie nie ma.
- Uważa pan, że Żydów należy się pozbyć? – spojrzał zza talerza Maicher. W oczach błysły mu oznaki złości.
- No wie pan… - zaczął przedsiębiorca, ale Rolicki przerwał mu.
- Panie Józefie, żyjemy w Polsce i w naszym domu, rządzić powinni gospodarze, czyli Polacy.
- A dla Żydów, to nie jest dom? – warknął Miro. – Tu się nie rodzili? Tu nie mieszkają? 
- Proszę państwa  - podniósł ręce Jezierski – określiłem tylko podział narodowościowy miasta, nie mając nic więcej na myśli. A przy posiłku nie zdrowo jest rozmawiać o polityce, prawda?
- A o gospodarce? – Pylińska przyjrzała się lokalnemu biznesmenowi. – Jak idą interesy?
- A nie narzekam – mężczyzna z ochotą zajął się przyniesionym przez kelnera kawałkiem karpia w otoczeniu kapusty i kopca ziemniaków. – Za miesiąc otwieram po siedmiu latach przerwy hutę szkła! Kryzys wreszcie minął i można dać ludziom pracę.
- I odpowiednie warunki pracy – mruknął pod nosem Maicher.
- Sądzi pan, że w dzisiejszych, trudnych czasach, inwestycja się zwróci? – indagowała dalej Pylińska.
- Proszę panią – właściciel huty uśmiechnął się pod nosem – tu jest Wielkopolska. Tu się dokładnie przygotowuje każdy plan finansowy. Zawsze jest ryzyko, ale po pierwsze jest ono minimalne, po drugie warto zaryzykować dla ponad stu rodzin gostyńskich, które uzyskają stałe źródło dochodu. Kryzys gospodarczy też bardzo dotknął ten region. Dwa lata temu bezrobotni wyszli na ulicę. Doszło nawet do starć z policją. Dziś też trudno znaleźć fachowców. Niektórych hutników szukałem po całej Polsce. A mimo bezrobocia, były dziwne sytuacje. Miałem umówionego majstra, co się zgodził, a jednak ostatecznie pan Wacław Korkowski nie przyjechał. Miałem przez to sporo problemy, bo ciężko o fachowca. Część wyjechała z Polski, bo gospodarka na Zachodzie ruszyła szybciej niż u nas. 
- Ale bilans przygotowuje pan nie opierając się na sentymentach do swoich regionalnych ziomków – zakpiła.
- Akurat tym się nie przejmuje żaden fabrykant – mruknął ponuro Maicher.
- I widzicie państwo, ani polityka, ani ekonomia, ani inni poważne tematy nie powinny gościć przy dobrym posiłku – zaśmiał się Miro rozładowując atmosferę. – Po tak wspaniałym posiłku mam ochotę na drzemkę, ale warto pospacerować ulicami tego miasta.
- Chętnie bym pana odprowadził, ale już jestem umówiony z tą panią – Jezierski skłonił się w stronę Iwony Pylińskiej.
- Ze mną? – zdziwiła się. – Skąd pan…?
- To nie pani wysłała mi…- zaczął przemysłowiec, ale szybko przerwała mu Weronika Kozielska.
- To my jesteśmy umówieni – powiedziała szybko. – Pozwoli pan, że wejdę jeszcze do pokoju po palto i możemy się przejść na świeżym powietrzu. To na pewno nam dobrze zrobi. I pokaże mi pan dom rodzinny moich dziadków.
- W takim razie spotykamy się na porannym śniadaniu – roześmiał się dziennikarz. Poprawił okulary w taki sposób, żeby Kozielska  nie zauważyła, jak bacznie się jej przygląda.

You have no rights to post comments

Related Articles