Opowiadanie V

Opowiadanie V

9 kwietnia 1938, sobota, godz. 9.15
Gostyń, Hotel Francuski

- Co mamy? - Karski siedział w zamkniętej dla gości części restauracji Hotelu Francuskiego i popijał kawę. Postanowił tutaj zrobić naradę z policjantami zajmującymi się sprawą. Szef gostyńskiej policji Krzysztof Krzyżostaniak przystał na to z ochotą. Gdyby zebranie odbywało się w siedzibie sądu, musiałby obyć się bez swoich wyjątkowo śmierdzących papierosów. Teraz z lubością zaciągnął się papierosem.
- Nie wiemy jeszcze nic o poszkodowanym.
- A jakieś dokumenty? Sprawdziłeś jego pokój w hotelu?
- I tu jest problem. Zanim my weszliśmy, ktoś go dokładnie przeszukał.
- O cholera! Jak? Ktoś wchodził wieczorem do hotelu?
- No i to jest ciekawe – Krzyżostaniak podrapał się małej bródce. – Moi ludzie przyjechali tu razem z Kozielską i kiedy weszli do pokoju zastali całkowity kipisz. Wszystko wywrócone do góry nogami. Ktoś szukał czegoś małego, bo nawet książki były wywrócone, jakby coś miało być pomiędzy ich kartkami. Moim zdaniem, to nie była zwykła bójka. Ktoś planował napaść i przeszukanie.
- Dlaczego tak uważasz?
- Tą metalową część musiał przynieść ze sobą. Uderzenia nie były na oślep, celował w głowę. Nie było krzyków, pościgu: musiał się na gościa zaczaić.
Karski pokiwał głową. Miał dokładnie takie samo zdanie.
- I nikt go nie znał? Nie widział wcześniej?
- Nie – szef policji rozłożył ręce. – Tylko ci, którzy jedli z nim kolacje w hotelu.
- Gdzie są?
- Kazałem im wyjść z pokoi i czekać salonie hotelowym.
- To ja wezmę Janickiego, bo jemu przyda się ruch i z nimi pogadam, a ty jedź do szpitala i przywieź mi ubranie, w którym go przywieziono.

*

Po wejściu do pomieszczenia, w którym umieszczono podejrzanych, Karski przez chwilę milczał przyglądając się obecnym. Siedzieli w pewnej odległości od siebie, co sugerowało, że nie było między nimi bliższych relacji.
- Kto z państwa opuszczał wczoraj hotel po ósmej wieczorem? – zaczął bez wstępu.
- Mnie chyba pan nie musi pytać – wydęła wargi Kozielska. – Spotkaliśmy się w parku.
- To wiem, ale po co pani tu robi?
- Myślę, że nadal żyjemy w wolnym kraju i mogę podróżować gdzie chce – warknęła zaczepnie.
Już miał odpowiedzieć, że wolność w tym kraju staje się coraz bardziej względna, ale ugryzł się w język. Po co drażnić władze. Zresztą wśród tych ludzi siedział ktoś związany z próbą dokonania morderstwa.
- A druga z pań?
- Widzę, że bardziej się pan interesuje życiem kobiet – zakpiła. – O ósmej byłam w pokoju. Jeżeli chce pan spytać po co przyjechałam do tego miasta, to żeby nie zostawiać pani Weroniki samej, też powiem, że podróżuję.
- Widzę, że się nie rozumiemy – odparł spokojnie Karski. – Doszło do próby morderstwa pana Rolińskiego. Ktoś przeszukał jego pokój. To nie zabawa, moje panie i nie gra towarzyska.
- Chciałam zaraz po kolacji wyjść pospacerować przed snem – zaczęła Pylińska – ale zrezygnowałam, bo zaczynało akurat lekko padać. A szkoda, bo tylko trochę pokropiło i deszcz po chwili ustał. Zeszłam do restauracji na drinka i siedziałam z panem Maicherem i Miro do w pół dziesiątej.
- Dziękuję. Panowie…
Józef Miro rozejrzał się po siedzących w hotelowym salonie i poczuł się w obowiązku pierwszy zabrać głos.
- Nazywam się Józef Miro, jestem dziennikarzem. I muszę powiedzieć, że szukając materiału nie spodziewałem się, że temat sam do mnie przyjdzie – zaśmiał się.
- Gdzie pan był? – Karski nie przepadał za tego typu sztucznie nonszalanckimi bufonami.
- Nie wychodziłem po ósmej z hotelu, siedziałem, jak wspomniała pani Iwona, razem z nimi w salonie. Podać co piłem? – zaśmiał się i zakładając nogę na nogę, kopnął w dużą pękatą torbę, która stała koło krzesła. – Chyba tylko w ramach reklamy lokalu, bo i jeść i pić potrafią tu podawać!
Karski nie skomentował tylko kiwnął głową i spojrzał pytająco w stronę drugiego mężczyzny.
- Co mam mówić? Józef Maicher – łypnął spode łba. – Jak mówiła pani Pylińska, siedzieliśmy razem w salonie. Razem weszliśmy i razem wyszliśmy. Co tu dodać?
- Czy ktoś z państwa widział coś dziwnego?
Nikt mu nie odpowiedział. Karski zadał jeszcze kilka pytań, ale nie wniosły one nic nowego do sprawy. Nikt nic nie słyszał, nie widział i nie miał żadnych podejrzeń. Postanowił jeszcze trochę przeciągnąć rozmowę, żeby dać czas Janickiemu na spokojne, delikatne i niestety bezprawne przeszukanie ich pokoi.

You have no rights to post comments

Related Articles