Prolog

Prolog

 

Bołszowce, powiat rohatyński, województwo stanisławowskie
1 kwietnia 1938 roku, piątek, godzina 20.00

- Tylko mi nie mówcie, Leonie, że z powodu jakiegoś kupca w małym miasteczku, całą, zaplanowaną od miesięcy akcję może trafić jasny szlag! Wolę nie mówić, co was spotka, jeśli to się nie uda! – dobrze zbudowany blondyn nerwowo krążył po pokoju.
Mógł mieć około sześćdziesięciu lat, ale ruchy miał sprawne i po żołniersku sprężyste. Co jakiś czas nerwowo przeczesywał siwiejące włosy.
Pomieszczenie było skromnie urządzone. W oknach brakowało zasłon, a całe wyposażenie stanowiła stara szafa, poplamiony stół, na którym stała teraz butelka wódki i dwie szklanki oraz kilka różniących się od siebie krzeseł, których jedno, stojące obok leżącego na podłodze materaca pełniło rolę umywalki. Nie włączono światła, być może właściciel postanowił z oszczędności wykorzystywać blask pobliskiej ulicznej latarni. A może po prostu nie opłacił rachunku za prąd.
Niski mężczyzna w nasuniętym na oczy kapeluszu nerwowo zamrugał oczami. Słowa, które padły pod jego adresem zdawały się przygniatać jego przygarbione, wątłe ciało. Był co najmniej o trzydzieści lat młodszy od swojego rozmówcy, ale teraz wydawało się, jakby całe życie uszło z niego w ciągu kilku minut.
- Pewnych rzeczy nie mogłem przecież przewidzieć! – spróbował się bronić.
- Nie dość, że mogłeś, to jeszcze powinieneś! – wrzasnął drugi mężczyzna ze złością rzucając swoim kaszkietem o podłogę. Światło ulicznej latarni metalicznie błysło odbijając się od ledwo widocznego ostrza wszytego w daszek czapki.
- Musiałbym być na miejscu. To prawie tysiąc kilometrów stąd, przy granicy z Niemcami. Ani nie mamy tam większych struktur, ani …
- Co mamy, to wiem lepiej od ciebie – blondyn wyjął z kieszeni rozerwaną kopertę i rzucił ją na stół. – Tu mam bezpośrednie informacje, że zamiast kolejnej fali strajków, otwierają tam po siedmioletniej przerwie hutę szkła, w której znajdzie zatrudnienie ponad sto osób! Rozumiesz to? Ponad sto osób!
- Coście się tak uparli na to miasto? Nie można skupić na innym? – spytał Leon.
Blondyn przerwał nerwowy spacer od ściany do ściany i podszedł powoli do swego rozmówcy.
- Czy ja mam tysiąc razy tłumaczyć, że głównym naszym problemem jest konserwatywny, dawny zabór pruski? Nie dość, że to najbogatsza i najnowocześniejsza dzielnica, to jeszcze nasze wpływy są tam najmniejsze. Jeżeli nie ruszymy rolniczej Wielkopolski, to strajki i polityczne ruchawki w innych miejscach możemy sobie w dupę włożyć! Tylko ogarnięta pożarem walk i wystąpień społecznych Wielkopolska, może skłonić do decydującego starcia i wojny domowej. A wojnę domową wykorzystamy my!
- Kapepe?!
- Oczywiście – zaśmiał się mężczyzna. – Szykuje się chyba wielka zmiana, bo wzywają mnie do Moskwy.
- Ale dlaczego właśnie to miasto? Już raz wyszli na ulicę, dwa lata temu.
- Bo właśnie to miasto i koniec! – warknął blondyn. – Ja podejmuję decyzję! Zrozumiano?
- Oczywiście – młodszy mężczyzna skwapliwie pokiwał głową. – Ja…
- To co teraz zrobimy, będzie wyjątkowe! I będzie o nas głośno! Ale zanim poderwiemy klasę robotniczą do walki, musimy zablokować uruchomienie huty!
- Ale jak? Ludzie cieszą się, że będą mieć pracę.
- Na szczęście nie czekałem na was i już podjąłem pewne działania kilka miesięcy temu. Okazały się niewystarczające, więc posuniemy się dalej. Trudno, w naszej walce czasami trzeba też poświęcić przedstawicieli klasy robotniczej… - zimne oczy mężczyzny zwęziły się.
- Co macie na myśli? - Leon zbladł.
- Ostatnio przeprowadzono tam sporą modernizację. Zrobiono remont jednej wanny szklarskiej i wybudowano gazogeneratory ze stałym rusztem. To ciekawe urządzenia. Drogie. Ale i niebezpieczne – uśmiechnął się. Dwa małe ładunki podłożone w odpowiednim miejscu mogą spowodować naprawdę duże zniszczenia.
- Zginą ludzie!
- Trudno! – mężczyzna podniósł głos. – Ilu? Dwudziestu? Trzydziestu? W starciach strajkujących z policją w ubiegłym roku zginęło prawie dwustu ludzi! Co to jest dwudziestu w Gostytniu!
Podszedł do stołu i sięgnął po butelkę wódki. Prawie nie podrywając szyjki nalał do obu szklanek. W efekcie cześć płynu pociekła po poplamionym stole.
- Za powodzenie naszego planu!
Wypili jednym haustem. Oryginalny wschodni samogon mógł mieć sporo ponad 50 procent , ale żaden z nich się nie skrzywił.
Młodszy mężczyzna odstawił szklankę na stół przyciskając leżącą na nim kopertę. Kilka kropel dostało się na kopertę i zaczęło rozmazywać dane adresata, do którego wysłano list. Powoli nazwisko Zygmunt Worszewski zaczęło się rozmywać pod wpływem kontaktu z mocnym alkoholem.

You have no rights to post comments

Related Articles