Prolog

Prolog

 

Bołszowce, powiat rohatyński, województwo stanisławowskie
1 kwietnia 1938 roku, piątek, godzina 20.00

- Tylko mi nie mówcie, Leonie, że z powodu jakiegoś kupca w małym miasteczku, całą, zaplanowaną od miesięcy akcję może trafić jasny szlag! Wolę nie mówić, co was spotka, jeśli to się nie uda! – dobrze zbudowany blondyn nerwowo krążył po pokoju.
Mógł mieć około sześćdziesięciu lat, ale ruchy miał sprawne i po żołniersku sprężyste. Co jakiś czas nerwowo przeczesywał siwiejące włosy.
Pomieszczenie było skromnie urządzone. W oknach brakowało zasłon, a całe wyposażenie stanowiła stara szafa, poplamiony stół, na którym stała teraz butelka wódki i dwie szklanki oraz kilka różniących się od siebie krzeseł, których jedno, stojące obok leżącego na podłodze materaca pełniło rolę umywalki. Nie włączono światła, być może właściciel postanowił z oszczędności wykorzystywać blask pobliskiej ulicznej latarni. A może po prostu nie opłacił rachunku za prąd.
Niski mężczyzna w nasuniętym na oczy kapeluszu nerwowo zamrugał oczami. Słowa, które padły pod jego adresem zdawały się przygniatać jego przygarbione, wątłe ciało. Był co najmniej o trzydzieści lat młodszy od swojego rozmówcy, ale teraz wydawało się, jakby całe życie uszło z niego w ciągu kilku minut.
- Pewnych rzeczy nie mogłem przecież przewidzieć! – spróbował się bronić.
- Nie dość, że mogłeś, to jeszcze powinieneś! – wrzasnął drugi mężczyzna ze złością rzucając swoim kaszkietem o podłogę. Światło ulicznej latarni metalicznie błysło odbijając się od ledwo widocznego ostrza wszytego w daszek czapki.
- Musiałbym być na miejscu. To prawie tysiąc kilometrów stąd, przy granicy z Niemcami. Ani nie mamy tam większych struktur, ani …
- Co mamy, to wiem lepiej od ciebie – blondyn wyjął z kieszeni rozerwaną kopertę i rzucił ją na stół. – Tu mam bezpośrednie informacje, że zamiast kolejnej fali strajków, otwierają tam po siedmioletniej przerwie hutę szkła, w której znajdzie zatrudnienie ponad sto osób! Rozumiesz to? Ponad sto osób!
- Coście się tak uparli na to miasto? Nie można skupić na innym? – spytał Leon.
Blondyn przerwał nerwowy spacer od ściany do ściany i podszedł powoli do swego rozmówcy.
- Czy ja mam tysiąc razy tłumaczyć, że głównym naszym problemem jest konserwatywny, dawny zabór pruski? Nie dość, że to najbogatsza i najnowocześniejsza dzielnica, to jeszcze nasze wpływy są tam najmniejsze. Jeżeli nie ruszymy rolniczej Wielkopolski, to strajki i polityczne ruchawki w innych miejscach możemy sobie w dupę włożyć! Tylko ogarnięta pożarem walk i wystąpień społecznych Wielkopolska, może skłonić do decydującego starcia i wojny domowej. A wojnę domową wykorzystamy my!
- Kapepe?!
- Oczywiście – zaśmiał się mężczyzna. – Szykuje się chyba wielka zmiana, bo wzywają mnie do Moskwy.
- Ale dlaczego właśnie to miasto? Już raz wyszli na ulicę, dwa lata temu.
- Bo właśnie to miasto i koniec! – warknął blondyn. – Ja podejmuję decyzję! Zrozumiano?
- Oczywiście – młodszy mężczyzna skwapliwie pokiwał głową. – Ja…
- To co teraz zrobimy, będzie wyjątkowe! I będzie o nas głośno! Ale zanim poderwiemy klasę robotniczą do walki, musimy zablokować uruchomienie huty!
- Ale jak? Ludzie cieszą się, że będą mieć pracę.
- Na szczęście nie czekałem na was i już podjąłem pewne działania kilka miesięcy temu. Okazały się niewystarczające, więc posuniemy się dalej. Trudno, w naszej walce czasami trzeba też poświęcić przedstawicieli klasy robotniczej… - zimne oczy mężczyzny zwęziły się.
- Co macie na myśli? - Leon zbladł.
- Ostatnio przeprowadzono tam sporą modernizację. Zrobiono remont jednej wanny szklarskiej i wybudowano gazogeneratory ze stałym rusztem. To ciekawe urządzenia. Drogie. Ale i niebezpieczne – uśmiechnął się. Dwa małe ładunki podłożone w odpowiednim miejscu mogą spowodować naprawdę duże zniszczenia.
- Zginą ludzie!
- Trudno! – mężczyzna podniósł głos. – Ilu? Dwudziestu? Trzydziestu? W starciach strajkujących z policją w ubiegłym roku zginęło prawie dwustu ludzi! Co to jest dwudziestu w Gostytniu!
Podszedł do stołu i sięgnął po butelkę wódki. Prawie nie podrywając szyjki nalał do obu szklanek. W efekcie cześć płynu pociekła po poplamionym stole.
- Za powodzenie naszego planu!
Wypili jednym haustem. Oryginalny wschodni samogon mógł mieć sporo ponad 50 procent , ale żaden z nich się nie skrzywił.
Młodszy mężczyzna odstawił szklankę na stół przyciskając leżącą na nim kopertę. Kilka kropel dostało się na kopertę i zaczęło rozmazywać dane adresata, do którego wysłano list. Powoli nazwisko Zygmunt Worszewski zaczęło się rozmywać pod wpływem kontaktu z mocnym alkoholem.

Opowiadanie I

Opowiadanie I

8 kwietnia 1938, piątek, godzina 18.30
Gostyń, Hotel Francuski, Plac Karola Marcinkowskiego
- Tutejszy kucharz za długo tu nie posiedzi, na prowincji – wysoki, dobrze ubrany mężczyzna z uznaniem pokręcił głową. – Łosoś jest idealnie wysmażony. Podejrzewam, że za niedługo zgłosi się po niego jakaś większa restauracja z Warszawy, Łodzi czy najbliżej Poznania.
 - Po łososia? – zdziwił się człowiek w małych, okrągłych okularach.
- No, po kucharza – uśmiechnęła się blondynka z ostrym makijażem. Mogła mieć co najwyżej trzydzieści lat, ale w jej zachowaniu wyczuwało się dużą pewność siebie. Odwróciła głowę w stronę pierwszego mężczyzny - Pan pewnie sporo jeździ po świecie?
- Przepraszam, nie przedstawiłem się – wstał od stolika i ukłonił się. – Stanisław Rolicki, przedstawiciel handlowy, prowadzę rozmowy dla dużej firmy z branży spożywczej…
Prezentację przerwał mu kelner, który przyniósł dodatkowe nakrycie. Siedzieli w restauracji Hotelu Francuskiego. Stolik dla gości hotelowych był w lekkim oddaleniu od reszty sali, gdzie przeważnie przesiadywali miejscowi, racząc się przede wszystkim trunkami alkoholowymi. 
- Miło mi – blondynka kiwnęła głową – Skoro mamy wspólnie przez jakiś czas siadać do posiłków, to warto się przedstawić. Nie lubię prowadzić konwersacji z anonimowym rozmówcą. Weronika Kozielska, zatrzymałam się w mieście na parę dni. Jestem w podróży, ale prawdę mówiąc muszę odpocząć i … nigdzie mi się nie spieszy.
- Ma pani rację – druga kobieta przy stoliku, wysoka zgrabna brunetka po czterdziestce rozejrzała się po twarzach siedzących przy stoliku - Iwona Pylińska. Z Warszawy – dodała, jakby to wszystko tłumaczyło.
- To wstyd, że panie pierwsze się przedstawiły, jeszcze przed nami, mężczyznami – człowiek w okularach nerwowo podrapał się po policzku. – Józef Miro, dziennikarz „Głosu Lubelskiego”.
- Z Lublina? To nieźle pana wywiało – zdziwił się Rolicki.
- My, pismaki, szukamy tematu szeroko. Poznańskie jest zupełnie inne niż lubelszczyzna. My, w byłej Kongresówce, jeszcze wiele musimy się nauczyć w kwestiach gospodarki. Szczególnie rolnej. Tu ludzie żyją lepiej niż u nas na wschodzie. U nas jeszcze głód się zdarza. A żeby wątrobianką psa karmić, jak to u was, to już, szanowni państwo, w ogóle nie do pomyślenia. Prawda, panie… - dziennikarz zawiesił głos zwracając się  do ostatniego mężczyzny przy stole.
Przez chwilę panowała cisza, bo oczy wszystkich zwróciły się na wysokiego, chudego jak szkapa człowieka, który nie podnosząc głowy pochłaniał kaczkę z pyzami, jakby miał to być jego ostatni posiłek. Dopiero po prawie minucie, kiedy już współbiesiadnicy stracili nadzieję na reakcję, rozejrzał się lekko nieprzytomnie.
- Do mnie pan mówisz? A skąd pan wiesz, że ja też z Kongresówki?
- Od tego jestem dziennikarzem – uśmiechnął się Miro. – A nie dość, że pan mówisz, jak warszawiak, to jeszcze masz w kieszeni lwowski „Dziennik Ludowy”.
- Toś mnie pan rozszyfrował – uśmiechnął się szeroko i otarł usta serwetką. – Józef Maicher. 
Przez chwilę znów zapadła cisza, bo siedzący przy stoliku oczekiwali dalszych szczegółów, ale Maicher z powrotem zajął się pałaszowaniem kaczki w ciemnym sosie.
- Hmm –Miro zerknął na Kozielską i zmarszczył się jakby próbował sobie coś przypomnieć. – Cóż… Widzimy się wszyscy pierwszy raz, ale warto się poznać. Powiem państwu, że pierwszy raz jestem w tych stronach i ciekawa to okolica… 
Przerwał, bo głowy wszystkich podniosły się na widok mężczyzny, który podszedł do stolika. Wysoki, elegancki człowiek podał kapelusz kelnerowi i przysiadł się na przygotowanym przed kilkoma minutami miejscu. 
- Józef Jezierski – przedstawił się. – Tutejszy przemysłowiec. Wspomniał pan o ciekawej okolicy? Gostyń, to typowo polskie miasto. Jest trochę Niemców, ale Żydów już prawie nie ma.
- Uważa pan, że Żydów należy się pozbyć? – spojrzał zza talerza Maicher. W oczach błysły mu oznaki złości.
- No wie pan… - zaczął przedsiębiorca, ale Rolicki przerwał mu.
- Panie Józefie, żyjemy w Polsce i w naszym domu, rządzić powinni gospodarze, czyli Polacy.
- A dla Żydów, to nie jest dom? – warknął Miro. – Tu się nie rodzili? Tu nie mieszkają? 
- Proszę państwa  - podniósł ręce Jezierski – określiłem tylko podział narodowościowy miasta, nie mając nic więcej na myśli. A przy posiłku nie zdrowo jest rozmawiać o polityce, prawda?
- A o gospodarce? – Pylińska przyjrzała się lokalnemu biznesmenowi. – Jak idą interesy?
- A nie narzekam – mężczyzna z ochotą zajął się przyniesionym przez kelnera kawałkiem karpia w otoczeniu kapusty i kopca ziemniaków. – Za miesiąc otwieram po siedmiu latach przerwy hutę szkła! Kryzys wreszcie minął i można dać ludziom pracę.
- I odpowiednie warunki pracy – mruknął pod nosem Maicher.
- Sądzi pan, że w dzisiejszych, trudnych czasach, inwestycja się zwróci? – indagowała dalej Pylińska.
- Proszę panią – właściciel huty uśmiechnął się pod nosem – tu jest Wielkopolska. Tu się dokładnie przygotowuje każdy plan finansowy. Zawsze jest ryzyko, ale po pierwsze jest ono minimalne, po drugie warto zaryzykować dla ponad stu rodzin gostyńskich, które uzyskają stałe źródło dochodu. Kryzys gospodarczy też bardzo dotknął ten region. Dwa lata temu bezrobotni wyszli na ulicę. Doszło nawet do starć z policją. Dziś też trudno znaleźć fachowców. Niektórych hutników szukałem po całej Polsce. A mimo bezrobocia, były dziwne sytuacje. Miałem umówionego majstra, co się zgodził, a jednak ostatecznie pan Wacław Korkowski nie przyjechał. Miałem przez to sporo problemy, bo ciężko o fachowca. Część wyjechała z Polski, bo gospodarka na Zachodzie ruszyła szybciej niż u nas. 
- Ale bilans przygotowuje pan nie opierając się na sentymentach do swoich regionalnych ziomków – zakpiła.
- Akurat tym się nie przejmuje żaden fabrykant – mruknął ponuro Maicher.
- I widzicie państwo, ani polityka, ani ekonomia, ani inni poważne tematy nie powinny gościć przy dobrym posiłku – zaśmiał się Miro rozładowując atmosferę. – Po tak wspaniałym posiłku mam ochotę na drzemkę, ale warto pospacerować ulicami tego miasta.
- Chętnie bym pana odprowadził, ale już jestem umówiony z tą panią – Jezierski skłonił się w stronę Iwony Pylińskiej.
- Ze mną? – zdziwiła się. – Skąd pan…?
- To nie pani wysłała mi…- zaczął przemysłowiec, ale szybko przerwała mu Weronika Kozielska.
- To my jesteśmy umówieni – powiedziała szybko. – Pozwoli pan, że wejdę jeszcze do pokoju po palto i możemy się przejść na świeżym powietrzu. To na pewno nam dobrze zrobi. I pokaże mi pan dom rodzinny moich dziadków.
- W takim razie spotykamy się na porannym śniadaniu – roześmiał się dziennikarz. Poprawił okulary w taki sposób, żeby Kozielska  nie zauważyła, jak bacznie się jej przygląda.

Opowiadanie III

Opowiadanie III

 

8 kwietnia 1938, piątek, godz. 20.30
Park przy Strzeleckiej

Stanisław Rolicki przeszedł spacerowym krokiem przez bramę parku przy Strzelnicy przyglądając się z uwagą budowli. W Strzelnicy od wielu lat funkcjonowała z powodzeniem restauracja. Przez duże szyby widać było siedzących gości. Ze zdziwieniem zauważył Józefa Jezierskiego, który z wielkim skupieniem słuchał siedzącej tyłem do okna kobiety. Stanął i przyjrzał się jej uważnie. Kiedy okręciła na chwilę głowę rozpoznał Weronikę Kozierską! A więc jednak nie poszli szukać domu jej przodków, jak wspominała wychodząc! Cofnął się w cień drzewa, bo kobieta odwróciła głowę w stronę okna. Przez chwile wydawało mu się, że podejrzliwie rozgląda się, bacznie przeczesując wzrokiem teren parku przy restauracji. Jakby czegoś się obawiała? Gdyby mógł usłyszeć o czym rozmawiają… Zaraz jednak porzucił tą myśl. Miał ważniejszą sprawę do załatwienia.
Udając dalej spacerowicza wyszedł z cienia drzewa. Kiedy jednak znalazł się po za zasięgiem latarni i świateł z okien budynku przyspieszył kroku. Już nie szedł powoli, od niechcenia stukając laseczką po bruku. Jego ruchy stały się zdecydowane i sprężyste. Ruszył w głąb parku, w kierunku żydowskiego cmentarza.
Postanowił wybrać trasę z dala od ulicy Leszczyńskiej, skąd, mimo krzaków i drzew, mógł zostać oświetlony reflektorami przejeżdżającego samochodu. Szedł ostrożnie, ale o mało co, a wpadłby na betonowe wejście do znajdującego się pod ziemią pomieszczenia obsługującego strzelnicę.
Nie chciał ryzykować, że następnym razem zderzy się z czymś podobnym. Wyjął z kieszeni latarkę, owinął ją chusteczką, żeby nie dawała zbyt mocnego światła i włączył. Teraz ostrożnie posuwał się w kierunku znajdującemu się na wzniesieniu kirkutowi. Pojedyncze macewy, często przekrzywione, oświetlane przez księżycowe światło delikatnie wyłaniały się z cienia. Żydowski cmentarz był zaniedbany. Większość Żydów wyjechała zaraz po pierwszej wojnie światowej. Została praktycznie tylko jedna rodzina, która przez jakiś czas starała się utrzymać prawo do posiadania rozpadającej się synagogi przy ulicy Kolejowej. Na nic jednak zdały się próby sfałszowania i podwyższenia liczby mieszkających w mieście wyznawców mojżeszowych. Nie miał też kto dbać o coraz bardziej podupadający kirkut.
Rolicki przeszedł do najbardziej odległej części cmentarza. Tu, w miejscu otulonym ciasno przez potężne drzewa i krzewy nie dochodziło nawet światło księżyca. Stare, mające pół wieku zarośla stanowiły naturalną granicę żydowskiego cmentarza i przylegających, opłotowanych terenów. Chwilę stał przyglądając się starym macewom, po czym ruszył w tamtą stronę. Za linią krzaków zatrzymał się, pochylił i zaczął przyglądać się ziemi. W pewnej chwili drgnął. Chyba znalazł to, czego szukał!
Kiedy sięgał do kieszeni poczuł, że potężne uderzenie miażdży mu obojczyk. Mimowolnie krzyknął z bólu. Miał pewność, że cios kierowany był w głowę, a tylko dlatego, że postanowił się podnieść, napastnik pchybił o kilkanaście centymetrów. Upadł na kolana. Automatycznie powstrzymał się od odwrócenia głowy i sprawdzenia kim jest atakujący. Najpierw należało się ratować! Rzucił się na mokrą trawę i spróbował przeturlać kilka metrów. Rozbłysła latarka jego prześladowcy. Snop światła zaczął przeszukiwać teren. Ostre światło całkowicie go oślepiło. Spróbował poderwać się na nogi, kiedy poczuł uderzenie w czoło i zaczął zapadać się w głęboką, ciemną studnię.

Opowiadanie II

Opowiadanie II

 

8 kwietnia 1938, piątek, godzina 19.30
Gostyń, Hotel Francuski, Plac Karola Marcinkowskiego

- Pani Iwono, zaskakuje mnie pani zainteresowaniem ekonomią – zagadnął Józef Maicher.

Siedzieli w przygotowanej w stylu angielskiego klubu części restauracyjnej przeznaczonej dla gości. Część przybyłych raczyła się tutaj napojami przygotowywany specjalnie dla korzystających z hotelu. 
- Zainteresowania? Takie odniósł pan wrażenie? – uśmiechnęła się Pylińska wydmuchując w górę kłąb dymu papierosowego. – A ja mam wrażenie, że jest pan jakoś związany z socjalistami…
- Z socjalistami? Z czego szanowna pani to wnioskuje?
- Ta niechęć do antysemityzmu na przykład. Zareagował pan bardzo emocjonalnie na słowa Jezierskiego o polskim mieście. Wśród socjalistów sporo jest Żydów… 
- I tylko na takiej podstawie odkryła pani we mnie socjalistę? – zaśmiał się Maicher. 
- Nie tylko – na twarzy kobiety nie było uśmiechu. – Nie wierzy pan w dobrą wolę i chęć ulżenia bezrobotnym przez Jezierskiego. Nie lubi pan właścicieli fabryk!
Twarzy Maicher pokryła się czerwonym rumieńcem, a mięśnie szczęki drgały próbując opanować grymas wściekłości.
- Nie lubię! I mam do tego prawo!
- A pana Józefa Jezierskiego ma pan podstawy jakoś zdecydowanie nie darzyć sympatią?
- Patrzę nieufnie, jak na każdego, kto bogaci się na krwi i pocie robotników - warknął.
- Przyzna pan, że przecież nikt robotnikom nie broni bogacić się na swojej krwi i swoim pocie – parsknęła śmiechem. Mimo zdenerwowania rozmówcy, to konwersacja wydawała się ją bawić. – Pozwoli pan, że dalej będę zgadywała: nie partia socjalistyczna, a związki zawodowe, prawda? Choć chyba podległe pod socjalistów z PPS? Niech pan nie zaprzecza – poklepała go po ręce i dodała ze złośliwym uśmiechem. – Nie ma się czego wstydzić, panie Józefie.
- Ja się swoich związków nie wstydzę! – zaperzył się działacz. - Nie mam czego!  
- O, widzę, że dyskusja nadal bardzo emocjonująca – do salonu wszedł Miro, przysiadł się i odłożył zaparowane okulary na stolik kawowy. – A w sumie, to ciekawe, że kobietę interesują zagadnienia ekonomiczne.
- Czyżby? – Iwona Pylińska wydęła usta. – A kobieta, to coś pomiędzy papugą w klatce, a psem podwórkowym? Określenie człowiek dotyczy tylko mężczyzn?
- Ależ skąd! – wił się dziennikarz. – Chodziło mi o to, że większość kobiet ma inne zainteresowania.
- O powstaniu huty szkła, proszę pana, mówi się w Poznaniu bardzo szeroko– wzruszyła ramionami. - To już nie mała fabryczka. Przeprowadzono remont jednej wanny  szklarskiej i postawiono drugą dla szkła kolorowego. Wybudowano gazogeneratory ze stałym rusztem, nowe budynki: biurowiec, kuźnię, magazyny i wiele jeszcze. A nawet doprowadzono bocznicę kolejową. Skala robi ogromne wrażenie. To logiczne, że mając pod ręką osobę za to odpowiedzialną, musiałam skorzystać z okazji, żeby wypytać. 
- To bardzo ciekawe, co pani mówi – kiwnął głową dziennikarz. – Jestem pierwszy raz w tym mieście i interesuje mnie wszystko. Kultura, zabytki, ale sprawy ekonomiczne i społeczne też.
- Jak pan tak szukasz sobie tematu, to się pan zainteresuj wystąpieniem bezrobotnych. Widzi pan co tu jest napisane? – podał mu „Robotnika” i wskazał artykuł – Widzi pan?
- Tak – mruknął po chwili czytania Miro. – Strajki przelewają się po całym  kraju.

Zainteresuj się pan demonstracją bezrobotnych w Gostyniu  sprzed dwóch lat! – związkowiec podniósł się i skierował do wyjścia - Wtedy byli zupełnie pozbawieni kierownictwa. Ale wszystko się zmienia…

Opowiadanie IV

Opowiadanie IV

8 kwietnia 1938, godz. 21.30, piątek.
Park przy Strzeleckiej

- Co mamy, Janicki? Znowu trup w parku?
Prokurator Adam Karski szedł sprawnym krokiem obok dyszącego ciężko policjanta z okrągłą twarzą i podwójnym podbródkiem.
- Na szczęście nie – odparł posterunkowy Janicki. – Facet walczy o życie. Nieźle oberwał.
- To mnie wzywacie do jakiś porachunków miejscowych ejbrów w sobotni wieczór? – Karski zatrzymał się na chwilę.
- Szef mówił, że to może być ciekawa sprawa, a pan się nudzi ostatnio – wydyszał policjant. – Zaatakowany nie jest nasz. I jakoś ładnie ubrany, to nie miejscowy ejber!
- Dobra, gdzie go macie?
- Odwieźli go do szpitala. Ledwo żyje. Jest nieprzytomny.
- Czym dostał? Pałka?
- Nie – pokręcił głową Janicki. – Jakaś metalowa część. Ten doktor, co przyjechał, nawet, o dziwo, rozpoznał ją. Ale nazwa taka jakaś, że nie zapamiętałem. Zresztą co sobie głowę zaprzątać żelastwem?
- Gdzie znaleźliście narzędzie?
- Bandytę spłoszyła ta para, co znalazła ofiarę. Chyba jak zaczęli krzyczeć, to rzucił żelastwo w krzaki i zaczął uciekać. Są na nim ślady krwi.
Doszli już na miejsce i policjant z trudem łapał powietrze. Karski pomyślał, że jest dwa razy starszy od policjanta, ale wybrał przyjemność sprawnego poruszania się nad radości z pałaszowania piątego kawałka tortu czy golonki,
Tylko wygnieciona trawa wskazywała na to, że przed chwilą doszło tutaj do jakiegoś zdarzenia. Macewy pochylały się milcząco przyglądając się zamieszaniu, jakie nie codziennie doświadczało to miejsce pochówku.
Jeden z policjantów rozmawiał z kobietą, która opierała się na ramieniu dobrze ubranego mężczyzny. Drugi stał nieco z boku i spisywał dane trzeciej osoby, człowieka w wieku około pięćdziesięciu lat, ubranego w ciemny, roboczy strój.
- Pan prokurator Karski!
- Witam, panie Jezierski – Adam był zaskoczony. – Co pana tu przywiodło w nocy? I to z panią…?
- To mój gość, pani Weronika. Hmmm. Weronika Kozielska. Przyjechała dziś do Gostynia, żeby się ze mną spotkać.
Kobieta skinęła głową. Karski miał nieodparte wrażenie, że widzi w jej oczach przerażenie większe, niż wynikałoby z sytuacji.
- Niech pan opowie – prokurator zachęcająco spojrzał przedsiębiorcy w oczy.
- Hmmm… Szliśmy z panią Weroniką do restauracji w Strzelnicy, bo chciała porozmawiać- z dala od hotelowych wścibskich oczu. W tej sytuacji muszę od razu uprzedzić: proszę sobie nie myśleć, że mamy jakiś romans! Pani Weronika poprosiła o spotkanie ponieważ ma pewną delikatną sprawę, o której koniecznie musze z panem porozmawiać…
- O tym może później – przerwał mu Karski. – Skupmy się teraz na próbie zabójstwa.
- No właśnie, hmmm. Zabójstwa, tak. Wyszliśmy z restauracji i opowiadałem właśnie o żydowskim cmentarzu, kiedy pani Weronika zauważyła jakieś ogniki, światła pojawiające się w tym miejscu. Postanowiliśmy to sprawdzić, bo w duchy nie wierzę. Jak doszliśmy to od strony Brzezia doszedł nas jęk człowieka. Podbiegłem i krzyknąłem. Kiedy byłem już na miejscu zauważyłem leżącego bez ducha pana Rolickiego.
- Rolickiego? Pan go zna?
- Jest gościem Hotelu Francuskiego. Poznaliśmy się dziś wieczorem.
- Co było potem?
- Sprawdziłem, czy pan Stanisław żyje. Wyczułem tętno, ale nie miał świadomości. Zostawiłem panią Weronikę z rannym, dziś każda kobieta zna się na opatrywaniu ran i pobiegłem do Strzelnicy zadzwonić po lekarzy i policję. Po drodze spotkałem pana Macieja, to powiedziałem, żeby on pobiegł zadzwonić, a ja wróciłem szybko do pani Weroniki, bo pomyślałem sobie, że przecież ten bandyta może być ciągle w pobliżu i może jej grozić niebezpieczeństwo.
- Dziękuję. To na razie wszystko.
- Panie prokuratorze…
- Jeszcze w sprawie napaści?
- Chyba nie, hmmmm
- To proszę jutro o kontakt, panie Jezierski – Karski odwrócił się plecami do przemysłowca i podszedł do drugiego policjanta.
- Kogo tu mamy?
- Maciej Zielinski syn Zygmunta, lat czterdzieści. Bezrobotny.
- A to moja wina, że jestem bezrobotny? – oburzył się Zieliński. – Zresztą dorabiam sobie u mechanika Wielińskiego. A zresztą za miesiąc zaczynam pracę na stałe w hucie!
- Co pan tu robił o tej porze?
- Szłem normalnie z restauracji po piwku i żeberkach, bo lubię sobie czasem na wieczór podjeść – miętolił w ręku wilgotną od deszczu czapkę. - Jeszcze se kupiłem na jutro kawał lebery dla mojego kejtra. Taki mam zwyczaj. A tu nagle słyszę jakieś krzyki przy cmentarzu. To poszłem zobaczyć, co tam się wyprawia. A tu leci na mnie pan Jezierski i krzyczy, żeby lekarza i policje wzywać, bo na żydowskim cmentarzu ktoś ranny leży. No to poszłem do restauracji i żem zadzwonił. Kazali czekać, to poczekałem, ale teraz już bym chętnie sobie poszedł.
- Coś pan widział?
- W tych ciemnościach? Nikogu!