Wtorek, 31 marca 1981 r., godzina 18.35
Posterunek Milicji Obywatelskiej
Porucznik Jan Pilar z niechęcią odwrócił się od okna. Jeszcze niedawno wszystko było poukładane, przewidywalne, niechaotyczne. Każdy znał swoje miejsce i wiedział, kto sprawuje władzę. I że nie prawo jest najważniejsze, tylko to, za kim stoi aparat. Teraz lada moment nawet w takim Gostyniu odważą się wyjść na ulice. Solidarnościuchy… – prychnął w duchu.
– Słucham, panie poruczniku? – sierżant Piotr Kluska podniósł pytająco brwi.
Pilar odwrócił się wolno.
– Słuchajcie, Kluska - mając na uwadze predyspozycje poznawcze podwładnego, starał się mówić wolno. - Trzeba sobie jedną rzecz jasno powiedzieć. My, esbecy, to nie jest to samo co milicja. Wy jesteście porządkiem. My jesteśmy zabezpieczeniem systemu. My tu w terenie stanowimy realny trzon aparatu partii, choć oczywiście oficjalnie nikt tego tak nie nazwie.
Kluska przełknął ślinę i pokiwał głową. Na łysiejącej czaszce pojawiły się kropelki potu, znak wytężonego wysiłku umysłowego. Oczy miał wbite w przełożonego. Niespełna czterdzieści lat, solidny brzuch, twarz stale zaczerwieniona – nos i policzki nie tylko od zimna.
– Są ściśle tajne wytyczne – ciągnął Pilar – które nakazują sporządzenie list elementów wrogich ustrojowi.
– To pojedziemy po nich… – wyrwało się Klusce.
– Nie – uciął Pilar ostrzej, podnosząc głos. – Nikt nigdzie nie jedzie. I nikt nie ma wiedzieć, że jakakolwiek lista istnieje. Chcę nazwiska. Kilkadziesiąt osób z powiatu. Tych, którzy otwarcie albo po cichu podważają władzę ludową.
Sięgnął po Marlboro. Kluska znów przełknął ślinę. Deficyt papierosów dawał się we znaki tak bardzo, że od marca wprowadzono kartki. Kartki jednak niewiele znaczyły – towar i tak bywał nie do dostania. Resort miał swoje kanały zaopatrzenia, ale zachodnie papierosy trafiały się rzadko. Marlboro było luksusem. Kluska palił Klubowe z ustnikiem i uważał je za lepsze od Sportów, ale to nie było to samo.
– Do końca miesiąca chcę tu mieć teczkę – mówił Pilar – z pełnym materiałem operacyjnym. Wszyscy wrogowie socjalizmu. Aktywni i ci dawni, jeszcze z młodości. Każdy ma mieć swój ślad. Jasne?
– Jasne – Kluska pokiwał głową, wciągając głęboko dym, który rozszedł się po gabinecie. Jak to możliwe, że u kapitalistów potrafią zrobić lepszy tytoń niż u nas – przemknęło mu przez myśl. Spytam w domu żony, ona czyta gazety. – Ale… to znaczy, pełne czego? Jakie dokładnie te akta?
– Pełne – odburknął Pilar. – Charakterystyka, środowisko, kontakty, przeszłość. Co robili, gdzie byli, kto ich zna. – Machnął ręką. – Stój! Gdzie idziesz? To jeszcze nie koniec.
– Tak jest – Kluska wyprężył się służbiście. – A co dalej z tymi teczkami?
– To już nie nasza sprawa. Mają leżeć w sejfie i czekać.
– Na co?
– Na moment – odpowiedział krótko Pilar. – I lepiej, żebyś nie dopytywał.
W jego głosie słychać było irytację, ale i coś jeszcze – niechęć. Kiedy wstępował do SB, był przekonany, że szybko dojdzie co najmniej do stopnia pułkownika. Tymczasem wysłali go na wielkopolską prowincję i kazali siedzieć cicho.
– Kluska – dodał po chwili ciszej – my im tu jeszcze pokażemy. Ty zbieraj dane, uruchom wszystkich naszych TW. A równolegle… – zawiesił głos – przygotujemy im taką niespodziankę, że gostyńska Solidarność długo się nie pozbiera.



