21 kwietnia 1981, środa.
MARIAN ŚLIWKA przeczesał palcami lekko kręcone blond włosy. Zawsze chciał mieć kruczoczarne proste pety, choć jego naturalne fale budziły zazdrość wielu koleżanek. Ponoć zawsze chce się tego, czego się nie ma. On wiedział czego chce!
Idąc z pracy do domu ustawił się w kolejkę, która pojawiła się nagle przed sklepem przy kinie. Sprzedawali po rakiecie Giewontów i Klubowych. Nie lubił bez ustnika, szczególnie tych najtańszych. Ale kupił i Giewonty. Nie wypadało nie brać. Ludzie by dziwnie patrzyli i opowiadali później. Przecież to też towar wymienny.
Ścisk w kolejce był ogromny, bo ludzie bali się, że sklepowa wpuści do środka tylko część, a reszcie każe się rozejść. Dosłownie czuł się otoczony przez napierające zewsząd ciała. Coś pchało mocno pod żebrem, a przed oczami miał duży i wcale nie ponętny biust korpulentnej sąsiadki z klatki obok. Mimo prób opanowania, poczuł, że robi się czerwony, a stojąca przed nim, a właściwie jak sardynka w puszce wepchnięta, młoda dziewczyna odwróciła głowę posyłając mu pełne dezaprobaty spojrzenie. Po przekroczeniu progu sklepu zrobiło się jakby luźniej.
Mówili, że niedługo i papierosy wejdą na kartki. Cukier był od paru lat i ludzie się przyzwyczaili. Gorzej z tymi co pędzili bimber. Związkowcy chcieli, że zapewnić ludziom prawo do zakupu mięsa i od dwóch miesięcy dostawał kartki na mięso. Co z tego, jak i tak brakowało go w sklepach. Kilku meneli przyglądało się niechętnie formującej się kolejce. Mieli silne potrzeby kontaktu z zamkniętym w butelce efektem fermentacji zgniłych jabłek, a kolejka po papierosy zdecydowanie im to opóźniała. No cóż: „Najlepsze wina są koło kina”. „Albo u pani Ani na Kani”. „A jak się przydarzy, to i koło straży”. Zaśmiał się. Miał na szczęście zapas wódki w mieszkaniu i nie musiał patrzeć łapczywie na zwykłe bełty.
Wszedł do domu i z niechęcią rzucił siatkę z zakupami na stół w kuchni. Podszedł szybko do szafki w kuchni i nalał do szklanki wódki Polonez. Po chwili ręce przestały mu drżeć. Zapalił Marlboro i odetchnął głęboko. Zanim spalił do końca, wypił jeszcze raz.
Obiad zjadł w zakładowej stołówce. W małej kawalerce na Przemysława II dusił się. Pokój z balkonem, łazienka i kuchnia we wnęce w korytarzu. Razem niecałe dwadzieścia metrów.
Czuł się przepocony. Poszedł do łazienki, puścił wodę do wanny i zaczął się rozbierać. Ślady pałki na plecach zostawiły sine pręgi, rozchodzące się szerzej w miejscach, gdzie spadła rączka od milicyjnej pały. Tej dłuższej. Zomowskiej.



