Dom, w którym mieli znaleźć jakieś schronienie, nie wyglądał jak gospoda w Gnieźnie, Poznaniu czy Gieczu, ale nie zależało im na wygodach. Sądząc po kilku zapełnionych towarem, zakrytym płótnem  wozach, których koła pod ciężarem aż wbijały się w ziemię,  że w pobliskiej stodole ulokowali się jakiś kupcy. Przywiązali swe konie do pali i rozkazali zając się nimi pachołkowi, sami zaś weszli do izby. Nie była wielka. Prawie całą zajmował duży stół, za którym siedziało dwóch mężczyzn, rozmawiając o czymś ze znudzeniem. Na widok wchodzących podnieśli głowy.
- Niech Swarożyc ma was w opiece podróżni, a zmory po bezdrożach nie włóczą – powitał ich ochrypłym głosem jeden z nich. Miał długie, siwe włosy i brodę sięgającą prawie do pasa. Jego skórzany kabat był mocno starty i dużo dłuższy niż się było w zwyczaju nosić. Nie miał przy sobie broni, jedynie sporej wielkości kij zakończony rzeźbionymi wizerunkami dziwnych twarzy.  – Kogo to przygnało w progi naszego grodu?
Ponieważ towarzysze spojrzeli na Wojgniewa, podobnie jak przy wjeździe do grodu, przedstawił przybyłych. Wydawało się, że starzec nie patrzy na nich spod półprzymkniętych powiek, raz po raz można było napotkać jego świdrujący wzrok.
- Zapraszamy do stołu, na miód i piwo – wtrącił drugi z siedzących przy stole. – Nasz kapłan wypytał was, samemu się nie przedstawiając. Ja zwę się Obiewit, a ten wyznawca czterech bogów świata to Stwarożot.
Mężczyźni przyglądają się sobie nieufnie. Czasy były niespokojne, wojenne. Kiedy na stole pojawił spory garniec z piwem, atmosfera uległą rozluźnieniu.
- Więc jedziecie na zachód – zagadnął Obiewita Wojgniew. – Niebezpieczna to droga.
- Swarożot osiadł tutaj na stałe. A ja od księcia Mieszka z Poznania jadę. Z pewną misją wysyła mnie nasz książę. A rozkaz to rozkaz.
- Nie pytam więc nawet o cel twej podróży… Dziwne to, ilu zacnych mężów ostatnio podróżuje. A co to za kupcy, którzy z wozami obozują?
- To spokojni ludzie – Stwarożot machnął lekceważąco ręką. – Wiozą tkaniny i sukna. Nic, co by was zainteresowało. Jadą chyba do cesarza.
- Jak na zachód to tylko w kierunku Marchii, bo Wieleci, choć mowę mają podobną, to wolą na nas napadać – wtrącił Perskun. – Sam rany w walce z nimi odniosłem.
- Jak Mieszko z Niemcami trzyma, to się nie ma co dziwić, że Redarowie na nas miecze szykują. Razem nasza jedna wiara powinna nas łączyć. Jak dawniej – zaperzył się  Stwarożot. – Jednym prawie językiem mówimy, wiara nasza też nie niemiecka, a przeciw sobie walczymy!
- Tu nie o wiarę chodzi, kapłanie – uśmiechnął się Wojgniew. – Do niedawna Czesi, którzy sami już mają, jak mówisz niemieckiego boga, wspólnie z pogańskimi Wieletami na nas napadali. Tu o ziemię chodzi, nie o religię.
- Nie mąć sobie głowy jednym wspólnym państwem słowiańskim – wtrącił Perskun. – Każde plemię chce mieć własne państwo.  I będzie tak długo podbijało inne plemiona, dopóki nie spotka równie potężnego. Wtedy, jeżeli jest równowaga, będzie mogło starać się ugruntować swoją pozycję. Ujednolicić wewnętrznie.
- A jeżeli nie? – spytał młody Bormir.
- Wtedy musi ulec potężniejszemu – odpowiedział Wojgniew. – W ciekawych czasach żyjemy. Państwa są i upadają. Tworzą się i staczają w zapomnienie.
- Nasza wiara przodków sięgała. Dziadowie Popiela wiarę nasza krzewili, a teraz Mieszko ku chrześcijanom się skłania. Na wiarę przodków nie zważa. A bóg Zachodu, to bóg zły! Potężny a zły!
Jego wywód przerwał gruby karczmarz, który przyniósł kolejny dzban piwa. Kapłan sięgnął do sakiewki i rzucił mu monetę. Wojgniew pochwycił ją w locie.
- Zły bóg mówisz? – rycerz podsunął mu monetę pod nos. – A czego używasz? Płacisz denarem magdeburskim! Widzisz napis na tym denarze? MAGADABVRG! Ale ten wizerunek z jednej to kościół, a po drugiej znak krzyża. Symbol boga Zachodu. Nie przeszkadza ci tym płacić?
- Nie znam tych liter i symbole są mi obce! Czym mi płacą, to i ja płacę!
- Bogowie nasi nie mają swoich denarów – zauważył Raszbór. – A denar lepiej w sakiewce nosić niż płaciwa różnorakie w sakwie.
Dalszą rozmowę przerwało wejście do izby władyki z dwiema niewiastami. Starsza, żona komesa Nimięga była niewiastą w sile wieku. Widać było, że nie brakowało jej nigdy strawy w garnku. Wyróżniała się też wyjątkowo bogatym strojem, zaskakującym w tak prowincjonalnym grodzie. Druga z kobiet zdawała się być je przeciwieństwem. Mogła mieć najwyżej dwadzieścia lat. Długie, ciemne, zaplecione w warkocz włosy wystawały spod białego czepka.
- Moja żona Nimięga i córka brata mego Gosława -  władyka przedstawił obie kobiety.
- Sławetno nam witać tak zacne damy – Wojgniew wykazał się znajomością dworskich obyczajów.
- Gosławie do damy daleko jeszcze – roześmiał się Daścisław. – Młoda to białogłowa, którą brat mój z Runowa przysłał do mnie, żeby pozbyć się amanta, co ojcu nie odpowiadał i ukryć ją u mnie.
- Wuju… - czarne oczy dziewczyny z wyrzutem spojrzały na władykę, a twarz pokryła się rumieńcem. – Ojciec wybrał mi męża, jakiegoś Dytryka ze Śląska. A ja nie chcę tego starego trupa i nie mam zamiaru czekać na jego przybycie!
- Kiedy tylko dojedzie do Runowa, jak mówisz ów „stary trup”, natychmiast odsyłam cię do ojca, zgodnie z jego wolą.
- Nie! – Gosława ze złością postawił na stole misę z mięsem, aż kawałki wołowiny rozsypały się na boki i wybiegła.
- Ot dziewka z charakterem, ale idzie do głowy młodym, że aż niebezpieczno. Nawet nasz Bormir poczerwieniał - zaśmiał się Raszbór.
Gosława prychnęła i zadzierając głowę wyszła z izby. Mężczyźni parsknęli śmiechem i sięgnęli po dzbany z piwem. Nimięga nie chciała widocznie wysłuchiwać nudnych dla niej tematów, gdyż pożegnała się szybko i opuściła męskie towarzystwo. Władyka natomiast ciekawy był wszelkich nowin ze świata, pytał więc dosłownie o wszystko. Z jednej strony wyglądać to mogło na zwykłą ciekawość, ale uważny obserwator na pewno zauważyłby, że pytania jego często sięgają kwestii uzbrojenia i załóg grodów, szczególnie leżących poza granicami państwa Mieszka. Kiedy zaczęło się zmierzchać, do izby przybyło kilku kupców. Siedli przy stole i prawie się nie odzywali do siebie, wymieniając tylko półgłosem jakieś uwagi. Swarożot nie wiadomo kiedy ulotnił sie gdzieś, za to pojawił się Perskun. Był bez bagażu podróżnego.
- A resztę rzeczy zostawiłeś przy koniach? - rzucił pytanie Wojgniew.
- To spokojna okolica - Perskun wzruszył ramionami.
- Zmierzacie pomiędzy wrogich nam ludzi - zagadnął Daścisław.
- Nie wszystko co z Zachodu pochodzi, jest na przeciwne. Czesi przestali już być sojusznikami Wieletów, a Mściwój, wódz obodrycki, jest jak nasz książe przyjacielem cesarza.
- Nasi wrogowie są coraz lepiej uzbrojeni. Ciekawe skąd Wieleci mają miecze na Rusi robione? - Perskun upił łyk piwa.
- Nie są one na Rusi robione, ale daleko na południu, gdzie gorąco przez rok cały. Przez Ruś one jedynie przechodzą - sprostował Raszbór.
- Książę zakazał handlu z wrogimi państwami, a tym bardzie dostarczania im broni.
- Pewnie przez Czechy szlak wiedzie.
- Władca czeski Bolesław to teraz nasz sojusznik i przez jego ziemie miecze nie przejdą - zaprotestował Wojgniew. - Przez Marchię też ich nie przepuszczą
- Trza wam się wywiedzieć, co stanie się z Marchią po śmierci Gerona? - spytał Obiewit.
- Co było przyczyną, że sam władyka grodu wyszedł na spotkanie podróżnych? - Wojgniew zwrócił się do Daścisława, jakby nie słyszał wcześniejszego pytania. - Czyżbyś panie czekał na jakiegoś ważnego posłańca?
- Przyjmowanie posłańców jest moim zadaniem - odparł sucho grododzierżca.
- Pewnie już przybył do grodu, bo opuściłeś swój posterunek i raczysz się z nami piwem - Wojgniew udał, że nie zauważył zmiany tonu rozmówcy. - Chyba za ważnymi dokumentami czy wieściami czekałeś... Perskun też wiezie jakieś pisma ważna do grodu książęcego w pobliskim Lubiniu. Pewnie to te same rozkazy być mogą.
- Nie o wszystkim przy stole gadać warto - uciął krótko władyka.
Atmosfera zrobiła się trochę mniej wesoła, a i towarzystwo podróżnych poczuło się zmęczone długą drogą i, co tu ukrywać, mocnym piwem, którym uraczył ich władyka. Perskun siedział zamyślony, jakby próbował sobie coś przypomnieć albo skojarzyć.
- Dziękujemy za gościnę, ale po kolejnym garncu za długo bym w siodle nie posiedział - Wojgniew pierwszy podniósł się ławy, a za nim wstali Perskun, Bormir i Raszkun. - A ze świtem musimy jechać dalej.
-  Na mnie też już czas - pochylił głowę Bormir - Co prawda, ja jeszcze jutro nie wyjeżdżam, ale jestem tak zmęczony, że ledwie głowę na sianie złożę, to natychmiast sen mnie ogarnie.
- Miło mi było gościć tak szanownych rycerzy - władyka pożegnał ich, podając rękę.
- Panie Raszbór, wypadło wam coś  - Perskun pochylił się i sięgnął po leżący pomiędzy ławą, a butem Obiewita, kawał skóry przewiązany sznurkiem.
- Dziękuję – Raszbór był szybszy. Skoczył natychmiast. Jego ręka, odtrącając dłoń starego, pierwsza chwyciła zgubę. – Muszę bardziej się pilnować. Piwo uderza szybko do głowy.
Przez twarz Perskuna przemknął dziwny grymas, jakby zrozumienia.

Do kolejnej Gry zostało...

Start GRY: 31.03.2018 19:00 163 dni

Odwiedza nas

Dziś54
Wczoraj75
Tydzień290
Miesiąc1200
Total34882

Who Is Online

1
Online