Ten dzień od rana nie zapowiadał się dobrze. Od rana lało jak z cebra. Zmoknięty Jaworski dotarł koło południa. Nie udało mu się ustalić nic, co mogłoby posunąć śledztwo naprzód. Przesłuchał wszystkich pasażerów relacji Leszno – Gostyń, którzy wysiedli na stacji o 18.20 z wyjątkiem panien Lichtowskich, które z rana wyjechały do krewnych na wieś pochwalić się zakupami zrobionymi w stolicy Wielkopolski.  Żaden z podróżnych nie zauważył nic dziwnego. Również właściciel firmy, gdzie miał pracować denat nie potrafił powiedzieć nic ciekawego. Konstanty Bowara zgłosił się na jego ogłoszenie w prasie poznańskiej.
- A nie wiesz gdzie miał mieszkać? – warknął niezadowolony z wyników pracy Rybski.
- Też o to spytałem, szefie.  Nie moja wina z tym trupem – sierżant poczuł się lekko urażony. – Kojarzy pan taki plac z figurką świętego, przy nowej rzeźni Nad Kanią? Dwa domy dalej stara Tarnowska ma wolny pokój. Miał tam rezerwację.
- To po jaką cholerę skręcał na Targowisko, zamiast iść prosto na cukrownię i cmentarz?
Pytanie pozostało bez odpowiedzi, bo nagle drzwi otwarły się z trzaskiem i wpadł pracownik sądu Adolf Wygański.
- Znowu mamy bolszewickie ulotki na mieście!
Rybski zaklął. Nie dość, że miał od wczoraj trupa, to jeszcze „góra” wymagała od niego wyników w walce z propagandą komunistyczną. Wygański, przysłany przez centralę przed czterema tygodniami, sam zgłosił się do problematyki „czerwonej propagandy”. Był bardzo przejęty swoim zadaniem.
- Gdzie? Masz je?
- Nie! Na płocie przy landraturze wiszą. Sądziłem, że może razem podejdziemy…
Rybski westchnął, spojrzał znacząco na Jaworskiego – Pójdę z sierżantem, a pan niech się zajmie ustalaniem co wiedzą o Bowarym w Poznaniu i Warszawie.
Deszcz przestał padać, ale nadal czuć było wiosenną wilgoć w powietrzu. Przy słupie ogłoszeniowy stała już grupka ludzi.
- Pan kapitan osobiście przybył walczyć z sowiecką propagandą? – młoda kobieta przyglądała się Rybskiemu z kpiną.
- Panna Maria Kurylska za to lubi czytać takie bzdury? Może wie kto je wiesza? – zaatakował Jaworski.
- Czy lubi czy nie, to jej sprawa, a nie widziała kto wiesza – kobieta wzruszyła ramionami i odwróciła się na pięcie.
- „Świnia tresowana w Paryżu”?  Nawet tutaj sięgają macki sowieckiej propagandy? Aż tak głęboko w sercu Wielkopolski? – zagadnął wysoki człowiek w kapeluszu spuszczonym na oczy. - Od zawsze tak tu było?
- Od niedawna… - mruknął niechętnie Rybski.a – Panie…?
- Ratajczyk. Stefan Ratajczyk -  przedstawił się uchylając rąbka kapelusza. Gęsta, czarna broda i okulary w grubej oprawie ukrywały wyraz twarzy. Ruchy miał sprężyste i opanowane. – Sportowiec lub bogaty dżentelmen – pomyślał Rybski. - Tutaj?
- A to pan przyjechał wczoraj baną z Leszna?– Jaworski przyjrzał się uważnie przechodniowi i wyciągnął notatnik. - Zatrzymał się pan w hotelu francuskim.
- Nic się widać nie ukryje przed tutejsza policją – roześmiał się mężczyzna. – Widać każdego podejrzewacie o rozklejanie ulotek antypolskich? Ja tu jestem dopiero od wczoraj, więc…
- Wczoraj zamordowano człowieka, który razem z panem jechał pociągiem – przerwał mu brutalnie Rybski. – Mało tego: zamordowano na trasie z dworca do hotelu, w którym pan się zatrzymał. Znał pan Konstantego Bowara?
- Nie. I nic nadzwyczajnego nie zauważyłem. – Ratajczykowi nie drgnął nawet muskuł na twarzy na wieść o morderstwie w pobliżu jego hotelu. – Zabójstwo rabunkowe?
- Ustalamy to właśnie. Na pewno jeszcze będziemy musieli się spotkać i porozmawiać. Zapraszam jutro do biura przy Wrocławskiej – uciął rozmowę kapitan. – Do zobaczenia.
- Panie kapitanie, jest ten drukarz, Marian Gęslicki – Jaworski podszedł z brodatym mężczyzną w wełnianej czapce. – Jak pan ostatnio prosił.
- Panie Marianie, drukujecie naszego urzędowego Orędownika, mówiliście, że chyba ginie wam farba do drukowania, to musicie nam pomóc. Co pan może powiedzieć o tych ulotkach? – Rybski podsunął drukarzowi zerwaną ulotkę. – Drukowane u nas? Papier też wam ginie?
- Uchowaj Panie Boże! – Gęślicki z obrzydzeniem przyjrzał się kartce. –To nie u nos! Mom za pomocnika taką niedojdę, Stacha Królika, ale un som nie może nic zrobić. Cheba, że mu Józek Światło pomoże, bo uni zawsze razem.
- Czyli to nie mogło powstać w waszej drukarni?
-My robiemy porządnie. A tu, jakość druku, za przeproszeniem pana kapitana, do dupy.
- Papier tym bardziej, co? – dopowiedział Jaworski kryjąc uśmiech.
- Tyż nie nasz! To nawet se myślę, że nie zez Poznania.  Nasi robiom porzundnie. To barzyj mi na Kongresówkę się widzi. Warszawskie, abo jeszcze barzyj na wschód. Ale pacz pan, czym to kleją! Nawet kleju ni majom, a mąką kleją! Mąka to, panie kapitanie, jest do chleba, co jest świętością każdej chałupy, a ci tu, tfu bolszewiki dwa kleją nim te paskudztwa!
- Dwa? – pochwycił Jaworski.
- Jedyn se nie poradzi z takim klejeniem. Muszą być akuratnie dwa!
- Czyli to na pewno, nie nasze drukarnie? – Rybski uciął gderanie starego drukarza.
- Nasze maszyny by pod bolszewikiem się same psuły! – zapewnił Gęslicki.
Rybski zamyślił się. Miał przeczucie, że obie sprawy, ulotki oraz śmierć przybysza z Polski wschodniej jakoś się ze sobą łączą.

Do X Gry zostało...

Start GRY: Monday, Apr 01, 2019 19:00 191 dni

Organizatorzy

Odwiedza nas

Dziś2
Wczoraj66
Tydzień396
Miesiąc1709
Total63526

Who Is Online

1
Online