Opowiadanie III

Opowiadanie III

Gostyń
Hotel 
5 kwietnia 1912, godzina 20.15


Hotel wybudowano z rozmachem, licząc na spore zyski ze względu na położenie w bliskiej odległości od dworca kolejowego oraz miejscowego targowiska. Parter zajmowały pomieszczenia biurowe, kuchnia i część restauracyjna. Na pierwszym piętrze ulokowano pięć pokoi dla gości i salon, gdzie mogli posiedzieć i wypalić cygaro czytając najnowszą prasę. Na końcu korytarza, po jego obu stronach znajdowały się schody prowadzące na kolejne piętro.
Recepcjonista Tomasz Mazgul nie potrafił zapanować nad drżeniem rąk, jakby śmierć człowieka na chodniku wynikała bezpośrednio z jego zaniedbania. Karski poprosił o wezwanie osób przebywających w hotelu do pomieszczenia restauracyjnego i przygotowanie imiennej listy gości.
- Ale nie mogę opróżnić restauracji. Tam jeszcze są ludzie, panie prokuratorze – recepcjonista był zrozpaczony. – Mam ich wyprosić? To już tu nie wrócą, a konkurencja czeka na każdego naszego klienta.
- To mam się z nimi spotkać na korytarzu? – warknął Karski.
- Mamy salon na pierwszym piętrze – nieśmiało zaproponował Mazgul.
- To proszę wysłać jakąś pokojówkę i poprosić wszystkich do salonu. A pan niech nie wypuszcza nikogo z gości hotelowych i przygotuje mi listę zajętych pokoi i nazwiska gości. Czy z restauracji można przejść do części hotelowej omijając recepcję?
- Nie, to niemożliwe! Od szóstej trzydzieści siedzę tutaj na dyżurze i nie opuściłem na chwilę stanowiska. Nikt z zewnątrz nie wchodził do hotelu. I nikt nie wychodził.
Karski wszedł na pierwsze piętro schodami wyłożonymi czerwonym dywanem. Lekki półmrok delikatnie rozjaśniały stylowe kinkiety i światła dobiegające z wiodących na wyższe piętro schodów, które znajdowały się po obu stronach korytarza.
Ku zaskoczeniu Karskiego w salonie zastał już miejscowego księdza Ignacego Popławskiego oraz grubego jegomościa, który nerwowo palił cygaro zdając się unikać duchownego, który coś mu perorował.
- Witam księdza – prokurator nie bawił się w konwenanse. – Na chodniku przed budynkiem leżą zwłoki człowieka, ale nie z prośbą o ostatnią przysługę przychodzę – ruchem dłoni powstrzymał Popławskiego, który poderwał się z fotela. – Księdza znam, za chwilę porozmawiamy o tym co tutaj robi, ale najpierw niech się przedstawi ten jegomość.
- Ignacy Kierowski – mężczyzna mówił z charakterystycznym wschodnim akcentem, śpiewnie zaciągając końcówki. – A mieszkam tu obok w pokoju nr jeden. Wychodziłem akurat na cygaro, a tu siedzi ten ksiądz. No to zaczęliśmy rozmawiać.
- Kiedy?
- Słucham?
- Kiedy wyszedł pan z pokoju i spotkał obecnego tu księdza?
- Pięć, może dziesięć minut temu. Ledwo co cygaro mi się z czubka upaliło.
Karski spojrzał na zegarek. Czyli Kierowski pojawił się w salonie już po śmierci tajemniczego mężczyzny.
- Czym pan się zajmuje i co robi w Gostyniu?
Mężczyzna otarł czoło chusteczką i nerwowo wciągnął dym z cygara. Miał przyjemny, słodkawy zapach.
- Jestem kupcem. Mam we Lwowie mały sklepik. Jechałem do Poznania w interesach.
- Czyli przyjechał pan z zagranicy, z Rosji do Poznania przez Gostyń? Dziwna trasa.
- Lubię kościoły oglądać, a wy tu i farę starożytną i piękny kościół na Świętej Górze macie. A przecież…
Jego dalszy wywód przerwało wejście postawnego mężczyzny przed czterdziestką. Na głowie nosił starannie wypolerowany melonik. Rozejrzał się i nie zawracając sobie głowy zasadami savoir vivr᾿u skinął tylko nieznacznie głową, po czym zwrócił się do Karskiego.
- To pan jest śledczym, który nas tu zgromadził? Mam inne zajęcia.
- Jedynym pańskim zajęciem przez najbliższe pół godziny będzie siedzenie w tym pomieszczeniu i odpowiadanie na moje pytania – powiedział spokojnie Karski nie siląc się nawet na odwrócenie głowy w stronę przybyłego. – A ksiądz siedział tutaj od dawna?
-Ja? - duchowny spojrzał ze zdziwieniem, jakby pytanie go o cokolwiek związanego ze sprawą morderstwa było szczytem nietaktu. – Chyba od siódmej siedziałem tutaj z panem Waldemarem, wyszedł pięć minut zanim pan Kierowski wszedł.
- To pan jest owym Waldemarem? – Karski dopiero teraz zwrócił się do mężczyzny w meloniku.
- Nie! Nazywam się Wacław Chmura.
- To ja mam na imię Waldemar. Waldemar Majewski. I ze mną ksiądz rozmawiał przez godzinę, zanim pojawił się pan Kierowski – uśmiechnął się młody, może trzydziestoletni mężczyzna wchodząc do pokoju. Tuż za nim pojawiła się kolejna postać, chyba jeszcze młodsza, z drobnym zarostem, który miał stanowić zalążek wąsów i brody.
Mały salon hotelowy zapełnił się tak, że zaczynało brakować miejsca na eleganckich fotelach. Dym z cygar i papierosów stworzył gęstą zawiesinę. Karski wyjął z kieszeni marynarki papierośnicę, która jednak okazała się pusta.
- Proszę – Chmura podsunął mu własną złotą papierośnicę, rzeźbioną w motywy dwóch węży i czegoś, co przypominało koronę – Nie wiem, jakie pan pali, ale mnie przypadły do gustu Dubec.
- Drogie – zauważył Karski.
- Jestem wielkim fanem nikotynizmu – uśmiechnął się mężczyzna podając ogień. – Zawsze kupuję wyroby, nie u żydowskich kupców, którzy podrabiają towar, ale w sklepie przyfabrycznym. Polecam panu.
Prokurator z przyjemnością zaciągnął się dymem. Był lekko słodkawy, o wyraźnym korzennym zapachu. Bił na głowę papierosy „Patria”, które palił na co dzień. Chmura chciał chyba zatrzeć początkowe negatywne wrażenie.
- Panie prokuratorze, mam dla pana listę – w drzwiach pojawił się recepcjonista. Szybko podał papier i kaszląc znikł.
Karski z zadowoleniem przyglądał się kartce. Zawierała nie tylko nazwiska gości, ale też plan pierwszego piętra z naniesionymi informacjami o tym kto wynajmował dany pokój. Już chyba wiedział, jak nazywał się zamordowany człowiek leżący na ulicy.

Opowiadanie II

Opowiadanie II

5 kwietnia 1912, Gostyń



- Możecie, posterunkowy Krzyżostaniak, nie wzywać mnie do każdego zapijaczonego śmiecia, którego znajdziesz?
Wachmistrz Leibnitz nie był zadowolony. Inaczej zaplanował sobie dzisiejszy dzień. Miał być wiedeński serniczek i pierniczki upieczone przez jego żonę dla wnucząt. Zamiast tego stał w deszczu i czekał na przybycie Adama Karskiego. Prokuratora, którego szczerze nienawidził i który nie omieszkał zawsze skierować jakąś uszczypliwość pod adresem dowódcy gostyńskiej policji.
Młody posterunkowy niewiele sobie robił z nastroju swojego przełożonego. Delikatnie gładził wąską bródkę przyglądając się intensywnie czemuś na styku wąskiego chodnika i jezdni.
- Widzi pan, wachmistrzu, ta twarz wydaje mi się znajoma. I to nie z interwencji podczas pijackich burd.
- To znajdźcie posterunkowy jego dokumenty i po sprawie. Zaraz będziemy wiedzieli, kto nam sprawił takiego figla, umierając na ulicy.
Zbliżała się już ósma wieczorem i z każdą kolejną minutą wizja serniczka oddalała się coraz bardziej. Szczególnie, że młode latorośle rodziny Leibnitzów wykazywały się wielką żarłocznością. Wachmistrz tupnął nogą ze zniecierpliwieniem.
- Ale panie wachmistrzu, on nie umarł! On został zamordowany! – stanowczo zaprzeczył posterunkowy.
Leibnitz już miał ostro zareagować na podważanie zdania przełożonego, kiedy zauważył zbliżającego się szybkim krokiem wysokiego mężczyznę. Wysoki kołnierz białej koszuli zdobiła jedwabna apaszka. Ciemny garnitur sprawiał wrażenie, jakby wczoraj wyszedł od krawca, a wypastowane buty w słoneczny dzień mogłyby oślepiać przejeżdżających ulicą woźniców. Całość uzupełniała elegancka laseczka z bukowego drzewa, zakończona metalową głową jakiegoś potwora z piekła rodem. Stwór miał otwarty pysk i był tak przerażający, że przechodnie przyglądali mu się ze wstrętem i przerażeniem. Ten jeden szczegół nie współgrał z obrazem znudzonego arystokraty lub przemysłowca, który spaceruje ulicami i nie wie, czym zająć swój wolny czas.
- Krzywy, co mamy tym razem? – przybysz uniósł prawie niezauważalnie melonik w kierunku wachmistrza i zwrócił się bezpośrednio do posterunkowego. – Dawno nie było jakiegoś ciekawego trupa.
Oddał laskę w ręce policjanta i przykucnął przy zwłokach.
- Panie prokuratorze Karski, to niepotrzebna wizyta – Leibnitz postanowił podkreślić, że to jego teren – Jakiś polski pijak wracał z Targowiska, tam pełno knajp. Albo przyjechał pociągiem i wpadł po drodze na parę piw. Szedł pijany, przewrócił się i walnął w łeb. Myślę, że..
- Niech pan nie przesadza – przerwał mu Karski nie odwracając głowy.
- Z czym mam nie przesadzać? – zaskoczony Leibnitz uniósł brwi.
- Z tym publicznym chwaleniem się.
- Jakim znowu chwaleniem?
- Że niby pan myśli – Karski podniósł się i stanął twarzą w twarz z wachmistrzem. – Już kiedyś panu powiedziałem: ma pan siedzieć na posterunku, czekać na policyjną emeryturę i nie przeszkadzać mi w pracy! Więc teraz może już pan wrócić do domu i pozwolić innym pracować!
Czerwony z wściekłości Niemiec oddalił się w stronę centrum miasta, ignorując pełne szacunku pozdrowienie dwóch Żydów zmierzających do oddalonej o kilka kamienic synagogi.
- Za mocno, panie prokuratorze, za mocno - Krzyżostaniak pokręcił głową z niezadowoleniem.
- Irytuje mnie jego głupota niemożliwie – wysyczał Karski.
- Ale to on się potem na nas wyżywa, za swoje upokorzenia.
- Co się stało według ciebie, Krzywy? – prokurator rozumiał problemy małego posterunku na prowincji, ale nie mógł sobie odmówić wskazania temu grubemu bufonowi miejsca w szeregu.
- On musiał stamtąd wylecieć - posterunkowy wskazał ręką na ścianę pobliskiego hotelu.
- Zapomniał, że nie umie latać?
- Ktoś go musiał pchnąć – teraz Krzyżostaniak pochylił się nad zwłokami. – Na chodniku widać miejsce zderzenia ciała z kamiennym podłożem. Choć ktoś musiał zmienić położenie ciała po śmierci.
- Z którego okna mógł wypaść?
Cofnęli się na skraj chodnika i zadarli głowy. Budynek miał dopiero kilkanaście lat i był typowym, małym hotelem prowincjonalnego miasteczka, które dopiero zaczynało się rozwijać. Jednopiętrowy, z poddaszem idealnie wpisywał się w zapotrzebowanie okolicznych przedstawicieli drobnej burżuazji czy ziemiaństwa, przyjeżdżających w interesach do Gostynia. Wiatr wywiał firankę na parterze. Pięć solidnych okien na pierwszym piętrze było jednak zamknięte.
- Jeżeli wypadł, to sam po sobie okna nie zamknął – mruknął Karski. – Ma jakieś dokumenty?
- Brak portfela. Może zostawił w pokoju?
- Zegarek też? Wątpliwe.
- A jednak jest coś – Krzyżostaniak wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki zamordowanego mały kartonik. – To wizytówka!
- Christian Tolentz – Privatdetektiv . Lissa. Telefon 243. – odczytał Karski. – Ale zamordowany to nie Tolentz. Znam Christiana. Miałem nieprzyjemność go poznać. Krętacz i kombinator od spraw ciemnych i na pograniczu prawa. Ciekawy trop, ciekawy trup…
- Morderca okradł go i ułożył w innej pozycji?
- Zamknął okno i zbiegł na dół? Po czym przeszukał ciało i ułożył go w tej pozycji? To zbyt duże ryzyko. Dopiero co zrobiło się ciemno. W hotelu jest pełno ludzi. Wyleciał z okna hotelu, a tam nie mieszkają ludzie, którzy mordują dla zegarka.
- Czyli, szefie, jakiś miejscowy ejber przez przypadek zobaczył, ze facet leży i zaopiekował się jego sikorem i pularysem?
- Dokładnie. Pójdziesz połazić po okolicznych bramach i dowiesz się, kto i za co dziś stawia okowitę, a ja popytam w hotelu.
- Zaraz! Tu jest jeszcze taka skrytka…
- Co?
- Ukryta kieszeń w marynarce. I jest to – Krzyżostaniak ostrożnie podał zniszczone zdjęcie.
- No i od tego zaczniemy! – Karski strzepnął z zadowoleniem niewidoczny kurz z melonika. Zapowiadała się ciekawa sprawa.

Prolog

Prolog

Ostrowo, wieś pod Gostyniem
29 marca 1912 roku, piątek, godzina 21.34

Z osmalonego dymem kociołka buchnął nagle płomień oświetlając twarz pochylonej nad paleniskiem kobiety. Jej popękane usta wymawiały bezgłośnie jakąś modlitwę czy zaklęcie, a oczy wpatrywały się w taflę bulgoczącego płynu. Powierzchnią co jakiś czas wstrząsało gwałtowane bulgotanie oraz spadające kawałki ziół czy innych produktów wrzucanych przez staruszkę. Wyciągnięta dłoń lekko drżała a powykręcane artretyzmem, zakończone długimi, żółtymi paznokciami palce kruszyły wysuszone na wiór części roślin.
W małej izdebce roznosił się ostry zapach, od którego siedzącym w kącie na drewnianej ławie dwóm mężczyznom zaczęło kręcić się w głowie.
- Czy to konieczne? – spytał szeptem młodszy przecierając chusteczką zaczerwienione od dymu oczy. Jakby ze zdziwieniem obejrzał ciemne smugi pozostawione na jasnym, jedwabnym kawałku materiału, zdjął kapelusz i wytarł czoło. Miał około czterdziestu lat, ale na spoconej głowie nie został mu ani jeden włos. – Czy aby nie zniżamy się do poziomu prymitywnych guseł polskiej wsi? To zabobony, a nie magia.
- Każde działanie, które opiera się na intuicji, a nie rozumie, już jest magią. Czasami nie wszystko rozumiemy, bo nie rozum tu potrzebny a właśnie magia – drugi mężczyzna przygładził wąsa. Mówił spokojnym, cichym głosem, jak ojciec, który nigdy nie tracąc cierpliwości wyjaśnia dziecku, dlaczego nie powinno wkładać ręki do pieca. – Od tej heksy, możemy się wiele nauczyć. Te obrzędy mają moc, z której nasi mistrzowie korzystają od wieków.
Nerwowe syknięcie zniecierpliwionej staruszki przerwało rozmowę. Mężczyźni pokornie zamilkli pochylając głowy. Stara wróciła do miarowego mamrotania słów, których tylko strzępki dochodziły do ich uszu. Zresztą i tak niewiele mogli zrozumieć.
Kiedy znad kotła zaczął unosić się jasnozielony dym, kobieta ciężko wstała i podeszła do stołu. Wzięła elegancką spinkę do mankietów, która mocno kontrastowała z ubogim, i co tu ukrywać, niechlujnym wystrojem pomieszczenia. Chwilę przyglądała jej się z zaciekawieniem, po czym zanurzyła na chwilę w garnku i szybko wrzuciła ociekający gęstą mazią przedmiot w ogień. Buchnęło, aż małe kawałki rozpalonego drewna wyskoczyły na powałę i opadły na klepisko.
- To wszytko, zrobiłam com mogła – ciężko dysząc kobieta oparła się o niczym nie ozdobioną drewnianą ścianę izby.
Młodszy mężczyzna dopiero teraz zauważył, czego brakowało w wystroju tej wiejskiej chatki. Nie często bywał w chłopskich zagrodach, ale wiedział jak wyglądają. I te biedne, w których ludzie dzielili jedną izbę ze zwierzętami, i te bogatych gospodarzy, których tu nie brakowało, gdzie ściany były odmalowane, a nie jeden zaczynał już stawiać murowane budynki. Wszystkie miały swój charakter, ale łączyła je ta specyficzna ludowa religijność. W pomieszczeniu, gdzie się znaleźli nie było ŻADNEGO świętego obrazu czy choćby krzyża!
Z zamyślenia wyrwało go klepnięcie w udo. Sięgnął do kieszeni i wyjął z eleganckiego portfela banknot dwudziestomarkowy. Zawahał czy podać go do ręki kobiecie, ale na widok pokrytej zaschniętymi plamami wyciągniętej w jego stronę dłoni, położył pieniądze na stole.
- Reszta jak będą widoczne efekty.
Stara widząc jego zakłopotanie zarechotała i szybkim ruchem schowała pieniądze za paskiem spódnicy.
- Polecam się szanownym panom – jej ukłon zdecydowanie można było zakwalifikować jako szyderczy.
Starszy mężczyzna udał, że nie widzi pogardy w oczach staruszki i nie fatygując się uchylić kapelusza na pożegnanie, skierował się do wyjścia.
Księżyc w pełni oświetlał im drogę. Dorożkę zostawili dwieście metrów dalej. Nie chcieli, żeby ktoś wiedział dokąd się udawali.
- Czy to zadziała? – spytał łysy.
- Według tej heksy, do następnej pełni księżyca powinien już być martwy. Biała i czarna magia zawsze się uzupełniały. Nie bez przyczyny od wieków Kościół walczył z magią, wiedźmami, upiorami i strzygami. Jak myślisz? Gdyby nie było to coś poważnego, to poświęcałby na to tyle energii i czasu? Minęło osiem lat od Równonocy Bogów… Siła magii niepoznanej ludzkim rozumem jest ogromna!
- Tylko czy musimy się posuwać do…
- Czyńcie, co chcecie, będzie całością Prawa!
- A dlaczego właśnie on?
- Mamy misję do spełnienia. A w tym mieście jest niewielu, którzy mogliby nam przeszkodzić. Nie warto ryzykować, on musi wypaść z gry! Jest zbyt inteligentny by pozostawić go na naszej drodze.
Młodszy mężczyzna ze zrozumieniem pokiwał głową. Prokurator Adam Karski był przeciwnikiem, którego należało wyeliminować już na początku rozgrywki.

Opowiadanie I

Opowiadanie I

2 kwietnia 1912, Lissa (Leszno),  

Kaiser -Wilhelm Strasse

Elegancki mężczyzna w naciągniętym na czoło kapeluszu minął budynek Poczty Królewskiej i rozglądając się uważnie dookoła wszedł do kamienicy. Zaczekał aż oczy przyzwyczają się do półmroku klatki schodowej, po czym zaczął wspinać się po wytartych schodach. Kiedy stanął przed niepozornymi drzwiami na trzecim piętrze, był już nieźle zziajany. Otarł pot z czoła i energicznie zapukał. Drzwi prawie natychmiast otworzyły się.
- Jest pan punktualny, to lubię – mężczyzna w drzwiach odsunął się robiąc miejsce. Poprawił ciągle zsuwającego mu się cwinkiera. – Myślę, że nasza rozmowa będzie obiecująca. Pozwoli pan, w gabinecie przygotowałem już kawę i ciasto z pobliskiej ciastkarni. Mają wyborne serniczki.
Gospodarz zamknął drzwi na dwa, wyjątkowo skomplikowane zamki i zerknął przez judasza. Uspokojony poprowadził przybyłego do niewielkiego pokoju, gdzie na okrągłym stoliku stały już dwie filiżanki i dzbanek z kawą.
- Sprawa jest wyjątkowo dyskretna. Z uwagi na naszą dotychczasową współpracę, wzorcową współpracę – podkreślił elegancki mężczyzna – postanowiłem zwrócić się do pana o pomoc.
- Cieszę się, że jest pan zadowolony z moich usług. Moja, hmmm... branża jest ograniczona do kilkunastu specjalistów.
- Łączy pan wyjątkową inteligencję z wiedzą konieczną w tym delikatnym fachu. Do tego dyskrecję i pewną bezwzględność, konieczną czasami, żeby zrealizować zlecenie.
- Niech pan przejdzie do rzeczy, bo nie jestem panienką do uwodzenia. Sądząc po ilości komplementów jakie otrzymałem, zadanie jest wyjątkowo skomplikowane. Jakaś wyjątkowo poszukiwana książka, która w dodatku znajduje się w Luwrze? – zaśmiał się gospodarz drapiąc się po przystrzyżonej na jeża głowie.
- Chodzi o kaduceusz…
- O co?
- Kaduceusz. Kerykejon.
- Mityczną laskę heroldów?
- Wierzymy, że Zeus ofiarował Hermesowi kaduceusz, który miał mu posłużyć do stworzenia świata z czterech żywiołów.
- I ja mam zdobyć ten oryginał? – zaśmiał się mężczyzna. – Tylko tyle.
- Nie wiem czy oryginał, ale na pewno bardzo stary, może pochodzący z I wieku naszej ery kadeusz. Według legendy miał należeć do samego Hermesa Trismegistosa.
- Boga Thota… - zakpił, ale zaraz spoważniał. - Pewnie to dla w a s bardzo cenna rzecz.
Elegancki mężczyzna wyprostował się. Spojrzenie oczu spod kapelusza nie było przyjazne.
- Zawsze płacimy bardzo dobrze.
- Ale tym razem mówimy o czymś wyjątkowym. Wie pan ile można dostać za coś takiego?
Przez chwilę zapadła cisza. Było tylko słychać szybkie oddechy obu mężczyzn wpatrujących się w siebie bez cienia życzliwości.
- Pan mówi, jakby już miał ten kerykejon. A bez mojej pomocy go pan nie znajdzie – zaczął przybyły.
- Pan też go nie ma…
- Niech pan nie przerywa! Kerykejon to rzecz cenna, ale też wyjątkowa. We właściwych rękach daje siłę, w niewłaściwych stanowi tylko niepozorny antyk. Tak, mam wskazówki. Ślad urwał mi się jednak w Gostyniu. Za dwa dni ma przyjechać człowiek z pewnymi dokumentami wskazującymi, gdzie może znajdować się ten artefakt. Dlatego muszę prosić pana o pomoc. I ofiarować dużą kwotę za pomoc w odnalezieniu kaduceusza. To zaliczka – podał grubą kopertę.
- Dużo – mruknął mężczyzna nerwowo poprawiając cwikiery.
- To trzydzieści procent całości.
- Rozumiem, że jeżeli będę musiał posunąć się do…
- Takie sprawy n a s nie interesują – przerwał mu elegancki mężczyzna wstając. – Spotykamy się za dwa dni w Gostyniu. Wie pan, gdzie mnie znaleźć.
Kiedy elegancki mężczyzna wyszedł na na ulicę owiał go przyjemny, chłodny powiew. Wykonał swoje zadanie, ale nie był w pełni zadowolony. Powierzanie tej samej sprawy tym ludziom w Poznaniu nie uważał za dobry pomysł. Ten młody głupiec chciał się wykazać zaangażowaniem. Że zna… Że pojedzie… Że powie… Że załatwi… Bo chciał się popisać znajomościami, gówniarz jeden!
Stojąca w bramie kwiaciarka skupiła na nim swój wzrok, ale spłoszona nie odważyła się złożyć propozycji zakupu małego bukietu sezonowych kwiatów.
- Za dwa dni, wiele się okaże – pomyślał. – I nie będzie już wówczas pełni księżyca…