Opowiadanie II

Opowiadanie II

5 kwietnia 1912, Gostyń



- Możecie, posterunkowy Krzyżostaniak, nie wzywać mnie do każdego zapijaczonego śmiecia, którego znajdziesz?
Wachmistrz Leibnitz nie był zadowolony. Inaczej zaplanował sobie dzisiejszy dzień. Miał być wiedeński serniczek i pierniczki upieczone przez jego żonę dla wnucząt. Zamiast tego stał w deszczu i czekał na przybycie Adama Karskiego. Prokuratora, którego szczerze nienawidził i który nie omieszkał zawsze skierować jakąś uszczypliwość pod adresem dowódcy gostyńskiej policji.
Młody posterunkowy niewiele sobie robił z nastroju swojego przełożonego. Delikatnie gładził wąską bródkę przyglądając się intensywnie czemuś na styku wąskiego chodnika i jezdni.
- Widzi pan, wachmistrzu, ta twarz wydaje mi się znajoma. I to nie z interwencji podczas pijackich burd.
- To znajdźcie posterunkowy jego dokumenty i po sprawie. Zaraz będziemy wiedzieli, kto nam sprawił takiego figla, umierając na ulicy.
Zbliżała się już ósma wieczorem i z każdą kolejną minutą wizja serniczka oddalała się coraz bardziej. Szczególnie, że młode latorośle rodziny Leibnitzów wykazywały się wielką żarłocznością. Wachmistrz tupnął nogą ze zniecierpliwieniem.
- Ale panie wachmistrzu, on nie umarł! On został zamordowany! – stanowczo zaprzeczył posterunkowy.
Leibnitz już miał ostro zareagować na podważanie zdania przełożonego, kiedy zauważył zbliżającego się szybkim krokiem wysokiego mężczyznę. Wysoki kołnierz białej koszuli zdobiła jedwabna apaszka. Ciemny garnitur sprawiał wrażenie, jakby wczoraj wyszedł od krawca, a wypastowane buty w słoneczny dzień mogłyby oślepiać przejeżdżających ulicą woźniców. Całość uzupełniała elegancka laseczka z bukowego drzewa, zakończona metalową głową jakiegoś potwora z piekła rodem. Stwór miał otwarty pysk i był tak przerażający, że przechodnie przyglądali mu się ze wstrętem i przerażeniem. Ten jeden szczegół nie współgrał z obrazem znudzonego arystokraty lub przemysłowca, który spaceruje ulicami i nie wie, czym zająć swój wolny czas.
- Krzywy, co mamy tym razem? – przybysz uniósł prawie niezauważalnie melonik w kierunku wachmistrza i zwrócił się bezpośrednio do posterunkowego. – Dawno nie było jakiegoś ciekawego trupa.
Oddał laskę w ręce policjanta i przykucnął przy zwłokach.
- Panie prokuratorze Karski, to niepotrzebna wizyta – Leibnitz postanowił podkreślić, że to jego teren – Jakiś polski pijak wracał z Targowiska, tam pełno knajp. Albo przyjechał pociągiem i wpadł po drodze na parę piw. Szedł pijany, przewrócił się i walnął w łeb. Myślę, że..
- Niech pan nie przesadza – przerwał mu Karski nie odwracając głowy.
- Z czym mam nie przesadzać? – zaskoczony Leibnitz uniósł brwi.
- Z tym publicznym chwaleniem się.
- Jakim znowu chwaleniem?
- Że niby pan myśli – Karski podniósł się i stanął twarzą w twarz z wachmistrzem. – Już kiedyś panu powiedziałem: ma pan siedzieć na posterunku, czekać na policyjną emeryturę i nie przeszkadzać mi w pracy! Więc teraz może już pan wrócić do domu i pozwolić innym pracować!
Czerwony z wściekłości Niemiec oddalił się w stronę centrum miasta, ignorując pełne szacunku pozdrowienie dwóch Żydów zmierzających do oddalonej o kilka kamienic synagogi.
- Za mocno, panie prokuratorze, za mocno - Krzyżostaniak pokręcił głową z niezadowoleniem.
- Irytuje mnie jego głupota niemożliwie – wysyczał Karski.
- Ale to on się potem na nas wyżywa, za swoje upokorzenia.
- Co się stało według ciebie, Krzywy? – prokurator rozumiał problemy małego posterunku na prowincji, ale nie mógł sobie odmówić wskazania temu grubemu bufonowi miejsca w szeregu.
- On musiał stamtąd wylecieć - posterunkowy wskazał ręką na ścianę pobliskiego hotelu.
- Zapomniał, że nie umie latać?
- Ktoś go musiał pchnąć – teraz Krzyżostaniak pochylił się nad zwłokami. – Na chodniku widać miejsce zderzenia ciała z kamiennym podłożem. Choć ktoś musiał zmienić położenie ciała po śmierci.
- Z którego okna mógł wypaść?
Cofnęli się na skraj chodnika i zadarli głowy. Budynek miał dopiero kilkanaście lat i był typowym, małym hotelem prowincjonalnego miasteczka, które dopiero zaczynało się rozwijać. Jednopiętrowy, z poddaszem idealnie wpisywał się w zapotrzebowanie okolicznych przedstawicieli drobnej burżuazji czy ziemiaństwa, przyjeżdżających w interesach do Gostynia. Wiatr wywiał firankę na parterze. Pięć solidnych okien na pierwszym piętrze było jednak zamknięte.
- Jeżeli wypadł, to sam po sobie okna nie zamknął – mruknął Karski. – Ma jakieś dokumenty?
- Brak portfela. Może zostawił w pokoju?
- Zegarek też? Wątpliwe.
- A jednak jest coś – Krzyżostaniak wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki zamordowanego mały kartonik. – To wizytówka!
- Christian Tolentz – Privatdetektiv . Lissa. Telefon 243. – odczytał Karski. – Ale zamordowany to nie Tolentz. Znam Christiana. Miałem nieprzyjemność go poznać. Krętacz i kombinator od spraw ciemnych i na pograniczu prawa. Ciekawy trop, ciekawy trup…
- Morderca okradł go i ułożył w innej pozycji?
- Zamknął okno i zbiegł na dół? Po czym przeszukał ciało i ułożył go w tej pozycji? To zbyt duże ryzyko. Dopiero co zrobiło się ciemno. W hotelu jest pełno ludzi. Wyleciał z okna hotelu, a tam nie mieszkają ludzie, którzy mordują dla zegarka.
- Czyli, szefie, jakiś miejscowy ejber przez przypadek zobaczył, ze facet leży i zaopiekował się jego sikorem i pularysem?
- Dokładnie. Pójdziesz połazić po okolicznych bramach i dowiesz się, kto i za co dziś stawia okowitę, a ja popytam w hotelu.
- Zaraz! Tu jest jeszcze taka skrytka…
- Co?
- Ukryta kieszeń w marynarce. I jest to – Krzyżostaniak ostrożnie podał zniszczone zdjęcie.
- No i od tego zaczniemy! – Karski strzepnął z zadowoleniem niewidoczny kurz z melonika. Zapowiadała się ciekawa sprawa.

You have no rights to post comments

Related Articles