Opowiadanie VII

Opowiadanie VII

Gostyń
Probostwo parafii Świętej Małgorzaty
7 kwietnia 1912, godzina 10.00

- Co ksiądz robił pomiędzy siódmą a ósmą w dniu morderstwa – Karski nie miał ochoty bawić się w konwenanse i od razu przystąpił do rzeczy.
- Już mówiłem, siedziałem w hotelowym salonie i czekałem na pewnego człowieka, który nie przyszedł. Siedziałem z panem Waldemarem, który poczęstował mnie piwem. Nie chciałem, ale nalegał. W sumie nawet dobre było, więc zanim przyszedł pan Kiereński skusiłem się nawet na drugie. Chyba było za dziesięć ósma jak przyszedł. Pięć minut wcześniej wyszedł pan Waldemar. Chyba do ubikacji.
- Czy widział ksiądz kogoś na schodach, wchodzącego na drugie piętro?
- Nie! Na pewno nie!
- A w korytarzu?
- Na pewno nie!
Karski westchnął. Liczył, że wyjaśnienia księdza wprowadzą śledztwo na nowe tory.
- Co ksiądz robił w tym hotelu?
Ksiądz Popławski otworzył usta, ale zaraz je zamknął i pochylił się nad stołem po talerz z herbatnikami. Poczęstował prokuratora, ten jednak pokręcił przecząco głową.
- Jeżeli zdradzę panu pewne tajemnice związane dobrem Kościoła, będę mógł liczyć na pana dyskrecje?
- To sprawa o morderstwo, proszę księdza.
- Nie wiem, czy obserwuje pan to, co się dzieje we Francji?
- Zbroi się, jak każde państwo w Europie.
- Nie o tym mówię – żachnął się duchowny. – O walkę. O wielką wojnę, choć nie militarną. Wie pan, panie prokuratorze, ta wojna militarna może nam zabić tylko ciało. Ja mówię o gorszej, o tej co zabija dusze.
- A tak konkretniej? Bo nie powiem, żebym się na bieżąco interesował sprawami Kościoła w innych państwach. Wspomniał ksiądz o wojnie… Kto jest tym wrogiem?
- Masoneria i ich przywódcy. Premier Briand! – wydyszał ksiądz. Na dolnej wardze pojawiła mu się kropelka spienionej śliny. – To nie rozdział Kościoła od państwa od państwa! To walka z duchowieństwem.
- Czy ksiądz nie przesadza? – skrzywił się Karski.
- Nie wiem czy pan wie, ale na mocy konkordatu zawartego jeszcze przez Napoleona w 1803 roku, to rząd francuski nominował biskupów. Jakby tego było mało, osiem lat temu zakazano zgromadzeniom zakonnym prowadzenia szkół, a wcześniej na mocy ustawy o kontroli zgromadzeń zakonnych ponad trzydzieści tysięcy zakonników rozproszono! Ustawa o rozdziale państwa od kościoła z 1906 roku wykluczyła duchownych z grona urzędników państwowych i przestała im płacić pensje.
- Pensje? – zdziwił się prokurator.
- W czasie rewolucji we Francji skasowano cały majątek Kościoła w zamian wyznaczając duchownym pensje. W czasie Cesarstwa duchownym udało się w części odbudować majątek. Teraz znów im zabrano, nie dając jednak nic w zamian. Właścicielami kościołów we Francji jest państwo! Zakazano nauki religii w szkołach i usunięto symbol krzyża, jakby był symbolem zła, a nie miłosierdzia.
- Ale co to ma do nas? To problemy Francji, tu w Cesarstwie Niemieckim mamy inne problemy.
- Pan pozwoli dokończyć. Bo za tym stoją masoni. Są masoni angielscy, gdzie to wszystko się zaczęło. Ta zaraza. Oni jeszcze wierzą w Boga, istotę stwórczą, Wielkiego Architekta. I odcinają się od wolnomularstwa francuskiego, które walczy z każdym przejawem duchowości. Francuscy masoni to ateiści, którzy nienawidzą Kościoła katolickiego!
- Nie znam sytuacji we Francji, ale czy ksiądz nie przesadza?
- A słyszał pan o aferze fiszkowej?
- Co nieco.
- W rządzie francuskim są sami masoni! Między innymi minister wojny, marszałek Louis André, który sam przyznawał się do tego. Na jaw wyszła afera, kiedy ujawniono, że ministerstwo na jego polecenie szpieguje oficerów grupując ich według podejścia do Kościoła. Tylko negatywnie nastawieni i ateiści mieli szansę na awans. Wierzących oficerów określano jako „klerykałów”, „klerokaraluchów”, „klerokanalie” czy na przykład „klecha czystej krwi”. Na fiszkach znajdowały się informacje o życiu prywatnym i rodzinnym oficerów typu: „chodzi na procesje po cywilnemu”, „uczestniczył w mszy z okazji Pierwszej Komunii swojej córki”, „otrzymał błogosławieństwo papieskie dla swojego małżeństwa”. We Francji ministrem oświaty zawsze musi być mason. Podobnie w ministerstwie zdrowia. Ich wpływy są potężne!
Karski pamiętał ten skandal. Oburzenie społeczne było tak wielkie, że premier Combes, oczywiście też mason, podał się do dymisji. Wbrew oficjalnym deklaracjom o „niedyskryminowaniu obywateli ze względu na wyznawaną przez nich religię” socjalistyczny rząd utrudniał awans katolikom lub nawet podejrzanym o sympatie chrześcijańskie. Mało tego, sporządzanie osławionych fiszek zlecono lożom masońskim.
- Ale nadal nie rozumiem, jaki to ma związek z księdza wizytą w hotelu – prokurator słuchał z zaciekawieniem, ale jego czas był ograniczony. Chciał jeszcze spotkać się w sądzie z Krzyżostaniakiem i wysłuchać co ustalił na podstawie rozmów z gostyńskimi doliniarzami.
- Wie pan, jak państwo pruskie walczy z Kościołem katolickim. Szczególnie na tym terenie – westchnął ksiądz. – Wiem, że francuski odłam masonerii od zawsze miał silne korzenie w Polsce ze względu na sympatie napoleońskie. Wiem, że nie powinienem w ogóle rozmawiać z heretykami, ale dostałem sygnał, że ktoś z masonerii angielskiej chce się spotkać. Ktoś zadzwonił i umówił spotkanie w hotelu.

- Kto?
- Nie wiem. Pewnie jakiś miejscowy, bo mnie znał. Nie pamiętam numeru – ksiądz potarł czoło. – Chyba 1283?
- Po co dzwonili?

Chcą powstrzymać wpływy francuskiego wolnomularstwa. Rozwijając obediencje angielską osłabiamy ateistów i ich wpływy, ataki na Kościół.
- Nadal nie widzę tu roli księdza. Co mogli księdzu zaofiarować?
- Nazwiska! Nazwiska ukrytych członków loży masońskiej. Moglibyśmy już na samym początku powstrzymać zarazę! – krzyknął duchowny z rozmarzeniem w oczach. – Zatrzymać pochód wojującego ateizmu i zło tej szatańskiej zarazy. Ale nie tylko! Boję się, że już niedługo na ziemiach polskich pojawią się znów loże Wielkiego Wschodu Francji. Oni są zaniepokojeni rozwojem jakiegoś kierunku, który oderwał się od wolnomularstwa.
- A co chcieli w zamian?
Ksiądz zmieszał się i szybko sięgnął po chusteczkę, żeby wytrzeć czoło.
- Proszono o informacje na temat dziwnych napisów w farze.
- Takich? – Karski wyjął z kieszeni zdjęcie znalezione przy trupie.
- Tak, taki napis znajduje się na drewnianych wrotach pod chórem. I – zawahał się przez chwilę – Chcieli jeszcze plan grobów na starym cmentarzu.

Opowiadanie VI

Opowiadanie VI

Gostyń
Gmach sądu
6 kwietnia 1912

Karski wyciągnął papierośnicę i skierował w kierunku Krzyżostaniaka, ten jednak pokręcił przecząco głową, wyciągnął swój tytoń i zaczął skręcać papierosa.
- Nie lubię tych twoich papierosów, prokuratorze. Palę, a jakbym nie czuł, że palę.
- Jak na razie bardzo lubię swoje papierosy, ale jakbym miał palić twoje, Krzywy, to rzuciłbym po trzech dniach. O ile bym się wcześniej nie udusił.
Po chwili niebieski dym papierosowy wypełnił gabinet prokuratora przy ulicy Sądowej.
- Co mamy?
- Jest prawdopodobne, że ktoś skroił trupa. Portfel znaleźliśmy przy bocznej drodze na Gawronach.
- Czyli żaden z podejrzanych. – Karski podrapał się po głowie.
– Nie zdążyliby dojść tak daleko i wrócić. Prawdopodobnie ktoś widział spadającego człowieka, może podbiegł, by sprawdzić czy żyje a jak zauważył, że nie może pomóc, postanowił zaopiekować się jego portfelem. Sprawdziłeś miejscowych meneli z Kolejowej?
- Zrobiłem tak jak mówiłeś. Ustaliłem, że miejscowa ekipa Pomanieckich i Sidarskich z bramy naprzeciw hotelu nagle zaczęła kupować lepsze trunki. Przycisnąłem najstarszego Pomanieckiego i się wygadał, że pieniądze przyniósł Staszek Sidarski. Chwalił mu się, że teraz to on ma pieniądze, ale będzie jeszcze bogatszy. Tylko musi coś sprzedać, ale on wie komu.
- Masz tego Staszka?
- No nie – Krzywy zrobił smutną minę. – Zniknął. Jak kamień w wodę.
- A wiesz coś o pozostałych?
- Nic ponad to, co dowiedziałeś się bezpośrednio od nich. Wysłałem zapytania do odpowiednich posterunków, ale na odpowiedź będziemy musieli poczekać parę dni.
- A co z miejscem zbrodni?
- Tu udało mi się ustalić – ucieszył się policjant, - że wyrzucono go z pierwszego piętra. Właściwie ze schodów skręcających na poddasze. Tak. Jest takie dużo okno. Nie było zamknięte, a na framudze znajdowały się strzępy odzieży pasujące do ubrania trupa.
- Dziwne – zastanowił się Karski. – Nie miał po co iść na pierwsze piętro.
- W czasie kiedy rozmawiałeś z podejrzanymi, obszukałem korytarz i obejrzałem drzwi od pokoi. Na dywanie widać jakby ktoś ciągnął jakiś przedmiot w kierunku schodów na piętro.
- Korytarz nie był silnie oświetlony. Siedzący w salonie nie widzieli co się dzieje po jego drugiej stronie. Ale jednocześnie nikt nie mógł przejść schodami z lewej strony. Widzieliby również każdego, kto wchodziłby z parteru na piętro. To ogranicza podejrzanych tylko do osób wówczas znajdujących się na pierwszym piętrze.
- Ale teoretycznie, gdyby im wierzyć, każdy ma jakieś alibi. Ksiądz siedział cały czas w salonie, co potwierdzają Kierowski i Majewski. Kierowski nie mógł zabić, bo gdyby wyszedł ze swojego pokoju zauważyłby go ksiądz i Majewski. Kiedy wyszedł zapalić, nasz truposz już leżał na chodniku. Tak samo Majewski. Kiedy wyszedł z salonu i opuścił księdza, Randers już nie żył. Dratwa, mimo że ukrywa co robił w tym czasie, nie mógł wyjść z pokoju tak, by nie zauważyli go siedzący w salonie.
- A Chmura?
- Teoretycznie drzwi jego pokoju znajdowały się już poza zasięgiem wzroku siedzących w salonie. Facet kłamał, że nie był nigdy w Poznaniu, ale w czasie morderstwa chyba faktycznie czytał gazetę. Boy hotelowy twierdzi, że o 7.30 wieczorem zapukał do drzwi. Drzwi były otwarte, wszedł i osobiście wręczył gazetę Chmurze. Facet kazał zostawić drzwi otwarte, więc miał widok na wszystkie osoby przechodzące korytarzem. Twierdzi, że nikogo nie widział. Że nikt nie przechodził!
- Dziwne to wszystko – pokręcił głową Krzyżostaniak. – To duży hotel. Było nawet ogłoszenie o wolnych ubikacjach... Aha i ludzie gadają, że w tym hotelu straszy. Znaczy miejscowi gadają, że w piwnicach jakieś czary się odbywają i omijają Centralny szerokim łukiem.
- Byłeś tam?
- Zamknięte na cztery spusty, a właściciel mówi, że od niedawna ma hotel i nie ma wszystkich kluczy. Zresztą tę część budynku komuś wydzierżawił jeszcze poprzedni właściciel.
- Coś jeszcze?
- Nie, nic. No może tylko… – policjant zawahał się chwilę. – Wydaje mi się, że palma w końcu korytarza też była ostatnio przesuwana.

Karski w milczeniu przyglądał się zdjęciu, które Krzyżostaniak znalazł w marynarce zabitego. Już gdzieś widział ten ciąg znaków. Tylko gdzie? Pozwolił, żeby umysł spokojnie zajął się kojarzeniem wspomnień: zapachów, dźwięków, odczuć, ludzi… Po chwili już wiedział, gdzie powinien się udać.

Opowiadanie IV

Opowiadanie IV

- Proszę potraktować naszą dzisiejszą rozmowę jako wstęp do śledztwa. Na oficjalne przesłuchanie przyjdzie czas – zaczął Karski. – Pana Ignacego już poznałem i powiedział mi parę słów o sobie. Po kolei, w pokoju numer 2 mieszkał pan Wojciech Dratwa.
- To ja – podniósł rękę mężczyzna, który jako ostatni pojawił się w salonie. – Od wczoraj wynajmuję ten pokój.
- Gdzie pan był pomiędzy siódmą a ósmą wieczorem?
- Byłem w pokoju i czytałem.
- Co?
- Słucham?
- Co pan czytał?
- Mam kilka książek, które zgłębiam. To moja sprawa.
- Jakie książki? – ponowił pytanie Karski. Kiedy gasił papierosa w szklanej popielniczce wydawało mu się, że Chmura przygląda się chłopakowi z zainteresowaniem.
- Skończyłem Kiplinga i wziąłem się za kolejny tom – „Zaginiony świat” Artura Conan Doyle`a.
- O! Ja znam jego Holmesa – uśmiechnął się prokurator. - Czy wychodził pan z pokoju?
- Nie widziałem potrzeby – w głosie młodego człowieka Karski wyczuł wahanie. – To nowoczesny hotel i w każdym pokoju jest łazienka.
- Po co przyjechał pan do Gostynia?
- Mam do załatwienia kilka interesów, często tu bywam.
- Czym pan się zajmuje?
- Oprócz interesów w branży rolniczej, jestem zafascynowany historią. Macie wspaniałą starożytną farę…
- Jest sporo starych ksiąg na probostwie. Niestety po łacinie. Zna pan łacinę? Przydałby się ktoś, kto opisze historię tego miasteczka.
- Niestety tylko polski i niemiecki – roześmiał się odprężony Dratwa – Uczę się od niedawna hebrajskiego, ale daleko mi do samodzielności czytania.
- Na stałe mieszka pan…?
- Krotoszyn. Ale często bywam w Gostyniu.
- Panowie sobie tu gawędzą o dupie Maryni, a my czas tracimy – Wacław Chmura znów nie mógł okiełzać swojego zniecierpliwienia.
Głowy wszystkich zgromadzonych zwróciły się w stronę tego mężczyzny z melonikiem na kolanach. Zapalał kolejnego papierosa, tym razem nie częstując nikogo.
- No to pokój numer 3, pan Wacław Chmura – Karski uśmiechnął się w jego stronę, udając, że nie zauważył irytacji w głosie. – Sądząc po akcencie, pan również z zagranicy…
- Z Krakowa.
- Często pan odwiedza Wielkopolskę?
- Po co? Pierwszy raz jestem w Poznańskiem. W sumie zaledwie parę godzin temu przekroczyłem granicę.
- Pociągiem?
- Dziś to najszybszy środek transportu – roześmiał się pan Wacław. – Z Krakowa do Wrocławia. Potem do Leszna, a dziś Leszno ma aż siedem połączeń. Między innymi do Gostynia.
- Co pana do nas sprowadza?
- Interesy. Nie chciałbym mówić szczegółów, sprawy związane z tajemnicą zawodową moich kontrahentów.
- Co pan robił między siódmą a ósmą?
- Czytałem gazetę. Przyniósł mi recepcjonista. Nawet świeża. Z rana.
- No to miał pan szczęście. „Kurier poznański”?
- Nie, „Dziennik poznański”. To ma jakieś znaczenie?
- Tutejsze mieszczaństwo woli Kuriera, jest narodowy. Ale pan z zagranicy, coś ciekawego w prowincjonalnym piśmie znalazł?
- Nudne jak flaki z olejem. Ale ciekawostkę z Galicji znalazłem, że ludność w ciągu 100 ostatnich lat z trzech do prawie pięciu milionów wzrosła. Ale ostatnio Galicja wyhamowała i szybciej rozwija się Poznańskie.
- Miło to słyszeć – uśmiechnął się Karski i odwrócił do ostatniego gościa. - Pan Waldemar Majewski. Też z zagranicy?
- Nie – roześmiał się mężczyzna. – Poznaniok z krwi i kości.
- Między siódmą a ósmą był pan w swoim pokoju?
Wiatr uderzył w budynek Hotelu Centralnego, jakby chciał wtrącić się rozmowę w salonie. Gdzieś w korytarzu przeciąg spowodowany widać otwartym oknem targnął drzwiami.
- Czy mi się wydaje? – Majewski bawił się leżącym na stoliku nożem do otwierania kopert – Czy też pan nas wszystkich podejrzewa?
- W rzeczy samej – prokurator powiódł wzrokiem po obecnych. – Ktoś wyrzucił człowieka przez okno na bruk. A tylko panowie tam byli. Pan też, panie Majewski?
- Tak, ale nie przypominam sobie, żebym kogoś wyrzucał przez okno – uśmiechnął się drwiąco. – Przyjechałem do Gostynia wczoraj.
- I zapewne w interesach?
- A nie! Działalność naukowa. My w Poznaniu też przykładamy dużą wagę do działalności kulturalnej i naukowej.
- Nie zauważyłem w Gostyniu zbiorów godnych wyprawy z Poznania.
- Ale na Świętej Górze tak. Szukam informacji o Stanisławie Mycielskim.
W salonie było bardzo cicho. Dawało się wyczuć napięcie. Karski miał wrażenie, że wszyscy przysłuchują się przepytywanym ze szczególną uwagą. Tak jakby, mimo, że byli sobie obcy, coś ich łączyło.
Spojrzał na przyniesiona przez recepcjonistę kartkę.
- No to brakuje nam pana Paula Randersa. Czy ktoś z panów go znał? Może rozmawiał z nim?
Żaden z mężczyzn nie odpowiedział na jego pytanie. Karski postanowił nie przerywać krępującej ciszy. Wyjął znalezione przy zwłokach zdjęcie i przyjrzał mu się uważnie. Fragment starych drzwi z dziwnym napisem. Dlaczego właśnie ta, z pozoru nic nie znacząca fotografia, została ukryta? Co mogą oznaczać wyryte litery? Już gdzieś je widział? Tylko gdzie? Przesuwanie krzeseł i foteli przerwało jego rozmyślania. Karski podniósł głowę i ze zdziwieniem zauważył, że wyjęcie fotografii wywołało ogromne zainteresowanie prawie wszystkich obecnych w salonie.

Opowiadanie V

Opowiadanie V

Gostyń
6 kwietnia 1912,
godzina 22.30   
W pomieszczeniu panował półmrok. Czuć było zapach indyjskich pachnideł zmieszanych z kościelnym kadzidłem. Od kamiennych ścian bił przejmujący chłód, którego nie mogło pokonać kilkanaście zapalonych pochodni. Taniec ognia na ścianach był jedynym źródłem światła – nigdzie nie było widać okien.
   Błysk płomieni kontrastował z biało-czarnym wystrojem pomieszczenia. Nawet posadzka stanowiła szachownicę pokrytą tymi dwoma kolorami. We wschodniej części znajdowały się najważniejsze obiekty – trzy ołtarze. Największy z nich, ponad dwumetrowej długości zwrócony był na wschód. Pokrywał go karmazynowy obrus z wyszytymi złotą nicią ciągiem znaku heraldycznego kwiatu lilii i przetykanym promieniami słońca. Ołtarz otaczały filary i obeliski na przemian białego lub czarnego koloru. Trzystopniowe podium również pomalowano w kwadraty tymi samymi kolorami, co dawało efekt wirujących wciąż cieni. Tutaj znajdował się mniejszy, ale stanowiący centrum miejscowego kultu religijnego, ołtarz. To właśnie na nim znajdowała się księga (z sześcioma świecami z każdej strony), reprodukcja egipskiej Steli Objawienia z VIII wieku przed Chrystusem, oraz sześć świec z jednej i drugiej jej stronyorazotoczony różami kielich i patena.
Ostatni ołtarz, czarny i najmniejszy, stanowił połączenie dwóch sześcianów. Uznając go za podstawę kolejnych dwóch trójkątów równobocznych, na których wierzchołku jednego znajdowało się coś na wzór chrzcielnicy, a na wierzchołu drugiego - pionowego grobu. Pomiędzy małym ołtarzem a chrzcielnicą siedział ubrany w biel i żółć Diakon.
W wypielęgnowanej, złotej czaszy potężnego kielicha odbijały się zniekształcone owalnością pucharu odbicia stających w milczeniu postaci, które stopniowo zaczęły wyłaniać się z ciemności panujących w drugiej części pomieszczenia.
Ludzie wchodzili pojedynczo. W czarnych płaszczach i kapturach naciągniętych głęboko na twarz wyglądali prawie identycznie. Nikt nie witał się z przybyłymi. Wchodzący stawali w określonym miejscu, jakby przypisanym tylko im, nie rozglądając się na boki.
Tylko dwaj mężczyźni stojący przy lewym filarze nie patrząc na siebie wymieniali krótkie zdania.
- Ten idiota ściągnął nam na głowę same kłopoty! – syknął wyższy z mężczyzn rozglądając się uważnie, czy ktoś jeszcze oprócz jego towarzysza nie słyszy rozmowy.
- Chciał się wykazać, młody jest. Sam go ciągnąłeś wszędzie! – przez chwilę spod kaptura mignęła gęsta siwa broda.
Musieli przerwać, bo Diakon pocałował trzykrotnie księgę i zwrócił się do zebranych:
- Czyń swoją wolę niechaj będzie całym Prawem. Ogłaszam Prawo Światła, Życia, Miłości i Swobody w imię IAO.
- Miłość jest prawem, miłość poddana woli – odpowiedział mu chór zakapturzonych postaci. Po chwili zaczęli wspólnie wypowiadać skomplikowaną formułę wiary:
Wierzę w jednego tajemnego i niewypowiedzianego Pana; w jedną Gwiazdę w towarzystwie Gwiazd, z których ognia powstajemy i do których wrócimy; w jednego Ojca Życia, Tajemnicę Tajemnic, którego imię to CHAOS, jedynego następcę Słońca na Ziemi…
Człowiek z siwą brodą delikatnie chwycił rękaw płaszcza wysokiego mężczyzny.
- Czy on wie, co zrobił? Na co nas naraził?
…oraz w jedno Powietrze, który karmi każdy oddech. Wierzę w jedną Ziemię, Matkę nas wszystkich, w jedno Łono, z którego się rodzimy i w którym odnajdziemy spoczynek, Tajemnicę Tajemnic, której na imię BABALON. Wierzę w Węża i Lwa, Tajemnicę Tajemnic, któremu na imię BAFOMET.
- I że możemy stracić szansę na … - dalsze jego słowa zagłuszył Diakon, który podniósł głos podkreślając rolę ostatnich zdań modlitwy.
Wierzę w komunię Świętych. Ponieważ zaś mięso i napoje codziennie przekształcają się w nas w substancję duchową, wierzę w Tajemnicę Mszy. Wyznaję Chrzest mądrości, dzięki któremu dostępujemy Cudu Wcielenia. Wyznaję tylko swoje Życie, jednostkowe i wieczne, które było, jest i będzie. AUMGN, AUMGN, AUMGN.
Wierni skończyli wyznanie i Diakon usunął się w cień. Jego miejsce zajęła kobieta z mieczem posiadającym czerwoną rękojeść, ubrana w szatę w kolorach bieli, błękitu i złota. Okrążyła kilka razy pierwszy z ołtarzy i położyła patenę obok kielicha. Towarzyszyła jej dwójka dzieci, jedno ubrane całkowicie na biało, a drugie na czarno. Trzeci uczestnik obrzędów, mężczyzna ubrany w prostą białą szatę ze świętą lancą, miał stać się godnym Kapłanem. Teraz nastąpiło przekazanie mocy i siły Kapłanowi, zakończone ubraniem go w szkarłatno-złotą szatę, a Diakon założył mu koronę, na której pomiędzy drogimi kamieniami wił się wąż Ureusz.
Kolejne ceremonie uniemożliwiły mężczyznom kontynuowanie rozmowy. Dopiero kiedy Kapłanka zasiadła na tronie ołtarza i zaczęła swoją przemowę pozbywając się jednocześnie szat, uwaga zebranych skupiła się na niej do tego stopnia, że mężczyźni mogli dalej rozmawiać.
- Ja byłem przeciwny – wysoki mężczyzna mówił ze spokojem klękając na lewe kolano. – Nie załatwia się sprawy na cztery ręce.
Lecz kochać mnie jest lepszym niż wszelkie rzeczy: gdy pod nocnymi gwiazdami na pustyni wnet zapalisz kadzidło mnie poświęcone, przywołując mnie czystym sercem i zwiniętym w nim płomieniem Węża odpoczniesz na chwilę w moim łonie. Za jeden pocałunek gotów będziesz oddać wszystko; lecz ktokolwiek da jedno ziarnko prochu, w ciągu godziny utraci wszystko. Będziecie gromadzić dobra, wzbogacać się o kobiety i pachnidła; będziecie nosić drogie biżuterie; prześcigniecie narody ziemi okazałością i pychą; ale zawsze z miłości do mnie, i tak dojdziecie do mej radości.
- I co teraz zrobimy, jak on nas uprzedzi? Wiemy chociaż kto to?
- Ktoś bezwzględny… Jak my. To może być nawet ktoś z naszych braci.
Nalegam na was, abyście przybyli do mnie w prostej szacie i pięknie zdobionej fryzurze. Kocham was! Tęskno mi do was! Blada lub pąsowa, ubrana lub zmysłowa, ja, która jestem wszelką przyjemnością i szkarłatem, a także upojeniem najskrytszego zmysłu, pożądam was. Nałóżcie skrzydła i wznieście zwiniętą w was sławę: przyjdźcie ku mnie! Ku mnie! Ku mnie! Śpiewajcie dla mnie pieśń miłosną uniesienia! Palcie dla mnie wonne olejki! Noście mi klejnoty! Pijcie za mnie, albowiem kocham was! Kocham was! Ja jestem córą Zachodu Słońca o niebieskim obliczu; ja jestem nieskrytym blaskiem zmysłowości nocnego nieba. Ku mnie! Ku mnie!
- Ten Francuz przywiózł tu nie tylko wiersze. Zostawił ślad.
- O ile dobrze rozumiemy przekaz.
- Wiesz kim będziemy, kiedy to zdobędziemy? – syknął człowiek z siwą brodą.
- Wiem. Ale wiem też, że zbudziliśmy demona, z ręki którego możemy zginąć!
Kobieta zaczęła powoli ubierać się, a Kapłan zaintonował pieśń:
IO IO IO IAO SABAO...
Opowiadanie III

Opowiadanie III

Gostyń
Hotel 
5 kwietnia 1912, godzina 20.15


Hotel wybudowano z rozmachem, licząc na spore zyski ze względu na położenie w bliskiej odległości od dworca kolejowego oraz miejscowego targowiska. Parter zajmowały pomieszczenia biurowe, kuchnia i część restauracyjna. Na pierwszym piętrze ulokowano pięć pokoi dla gości i salon, gdzie mogli posiedzieć i wypalić cygaro czytając najnowszą prasę. Na końcu korytarza, po jego obu stronach znajdowały się schody prowadzące na kolejne piętro.
Recepcjonista Tomasz Mazgul nie potrafił zapanować nad drżeniem rąk, jakby śmierć człowieka na chodniku wynikała bezpośrednio z jego zaniedbania. Karski poprosił o wezwanie osób przebywających w hotelu do pomieszczenia restauracyjnego i przygotowanie imiennej listy gości.
- Ale nie mogę opróżnić restauracji. Tam jeszcze są ludzie, panie prokuratorze – recepcjonista był zrozpaczony. – Mam ich wyprosić? To już tu nie wrócą, a konkurencja czeka na każdego naszego klienta.
- To mam się z nimi spotkać na korytarzu? – warknął Karski.
- Mamy salon na pierwszym piętrze – nieśmiało zaproponował Mazgul.
- To proszę wysłać jakąś pokojówkę i poprosić wszystkich do salonu. A pan niech nie wypuszcza nikogo z gości hotelowych i przygotuje mi listę zajętych pokoi i nazwiska gości. Czy z restauracji można przejść do części hotelowej omijając recepcję?
- Nie, to niemożliwe! Od szóstej trzydzieści siedzę tutaj na dyżurze i nie opuściłem na chwilę stanowiska. Nikt z zewnątrz nie wchodził do hotelu. I nikt nie wychodził.
Karski wszedł na pierwsze piętro schodami wyłożonymi czerwonym dywanem. Lekki półmrok delikatnie rozjaśniały stylowe kinkiety i światła dobiegające z wiodących na wyższe piętro schodów, które znajdowały się po obu stronach korytarza.
Ku zaskoczeniu Karskiego w salonie zastał już miejscowego księdza Ignacego Popławskiego oraz grubego jegomościa, który nerwowo palił cygaro zdając się unikać duchownego, który coś mu perorował.
- Witam księdza – prokurator nie bawił się w konwenanse. – Na chodniku przed budynkiem leżą zwłoki człowieka, ale nie z prośbą o ostatnią przysługę przychodzę – ruchem dłoni powstrzymał Popławskiego, który poderwał się z fotela. – Księdza znam, za chwilę porozmawiamy o tym co tutaj robi, ale najpierw niech się przedstawi ten jegomość.
- Ignacy Kierowski – mężczyzna mówił z charakterystycznym wschodnim akcentem, śpiewnie zaciągając końcówki. – A mieszkam tu obok w pokoju nr jeden. Wychodziłem akurat na cygaro, a tu siedzi ten ksiądz. No to zaczęliśmy rozmawiać.
- Kiedy?
- Słucham?
- Kiedy wyszedł pan z pokoju i spotkał obecnego tu księdza?
- Pięć, może dziesięć minut temu. Ledwo co cygaro mi się z czubka upaliło.
Karski spojrzał na zegarek. Czyli Kierowski pojawił się w salonie już po śmierci tajemniczego mężczyzny.
- Czym pan się zajmuje i co robi w Gostyniu?
Mężczyzna otarł czoło chusteczką i nerwowo wciągnął dym z cygara. Miał przyjemny, słodkawy zapach.
- Jestem kupcem. Mam we Lwowie mały sklepik. Jechałem do Poznania w interesach.
- Czyli przyjechał pan z zagranicy, z Rosji do Poznania przez Gostyń? Dziwna trasa.
- Lubię kościoły oglądać, a wy tu i farę starożytną i piękny kościół na Świętej Górze macie. A przecież…
Jego dalszy wywód przerwało wejście postawnego mężczyzny przed czterdziestką. Na głowie nosił starannie wypolerowany melonik. Rozejrzał się i nie zawracając sobie głowy zasadami savoir vivr᾿u skinął tylko nieznacznie głową, po czym zwrócił się do Karskiego.
- To pan jest śledczym, który nas tu zgromadził? Mam inne zajęcia.
- Jedynym pańskim zajęciem przez najbliższe pół godziny będzie siedzenie w tym pomieszczeniu i odpowiadanie na moje pytania – powiedział spokojnie Karski nie siląc się nawet na odwrócenie głowy w stronę przybyłego. – A ksiądz siedział tutaj od dawna?
-Ja? - duchowny spojrzał ze zdziwieniem, jakby pytanie go o cokolwiek związanego ze sprawą morderstwa było szczytem nietaktu. – Chyba od siódmej siedziałem tutaj z panem Waldemarem, wyszedł pięć minut zanim pan Kierowski wszedł.
- To pan jest owym Waldemarem? – Karski dopiero teraz zwrócił się do mężczyzny w meloniku.
- Nie! Nazywam się Wacław Chmura.
- To ja mam na imię Waldemar. Waldemar Majewski. I ze mną ksiądz rozmawiał przez godzinę, zanim pojawił się pan Kierowski – uśmiechnął się młody, może trzydziestoletni mężczyzna wchodząc do pokoju. Tuż za nim pojawiła się kolejna postać, chyba jeszcze młodsza, z drobnym zarostem, który miał stanowić zalążek wąsów i brody.
Mały salon hotelowy zapełnił się tak, że zaczynało brakować miejsca na eleganckich fotelach. Dym z cygar i papierosów stworzył gęstą zawiesinę. Karski wyjął z kieszeni marynarki papierośnicę, która jednak okazała się pusta.
- Proszę – Chmura podsunął mu własną złotą papierośnicę, rzeźbioną w motywy dwóch węży i czegoś, co przypominało koronę – Nie wiem, jakie pan pali, ale mnie przypadły do gustu Dubec.
- Drogie – zauważył Karski.
- Jestem wielkim fanem nikotynizmu – uśmiechnął się mężczyzna podając ogień. – Zawsze kupuję wyroby, nie u żydowskich kupców, którzy podrabiają towar, ale w sklepie przyfabrycznym. Polecam panu.
Prokurator z przyjemnością zaciągnął się dymem. Był lekko słodkawy, o wyraźnym korzennym zapachu. Bił na głowę papierosy „Patria”, które palił na co dzień. Chmura chciał chyba zatrzeć początkowe negatywne wrażenie.
- Panie prokuratorze, mam dla pana listę – w drzwiach pojawił się recepcjonista. Szybko podał papier i kaszląc znikł.
Karski z zadowoleniem przyglądał się kartce. Zawierała nie tylko nazwiska gości, ale też plan pierwszego piętra z naniesionymi informacjami o tym kto wynajmował dany pokój. Już chyba wiedział, jak nazywał się zamordowany człowiek leżący na ulicy.